Kupię/Zamienię 3
Potrzebny muzyk 29
Zespół instrumentalny - Tarnów...
Basista w ekspresowym tempie...
Basista(tka) ze Śląska potrzebny...
POTRZEBNY GITARNIK I BASMEN...
ROCKOWY BAND SZUKA WOKALISTY LUB WO...
gitarzysta z Poznania potrzebny...
Różne 7
TOURETTE wydaje debiutancką Epkę...
I młodzieżowy przegląd zespołów blu...
Grupa "MUZYCY" na Facebooku....
Agencja Zespołów Muzycznych -Mirex...
Sala prób/Występów 0
Sprzedam 84
Wymienię GMajor na Rocktron Xpressi...
Squier by Fender Pete Wentz P Bass ...
Sprzedam paczkę SWR WorkingPro 2x10...
KUŹNIA GITARZYSTÓW - Wykuwamy Wasze...
Szukam nauczyciela 2
Udzielam lekcji 51
lekcje gry na gitarze,emisja głosu...
__Lekcje Gry Na Gitarze Warszawa Mo...
Nauka gry na gitarze w Warszawie...
Lekcje gry na gitarze-Warszawa...
Lekcje gitary, mobilna szkoła, doja...
LEKCJE GRY NA GITARZE – WARSZ...
Zagram w zespole 18
Piątek, 12 lutego 2010 - Autor: TopGuitar
Lot nad wzmacniaczym gniazdem
akcja dla poszukujących
Poniższe zestawienie to próba odpowiedzi na pytanie: jak można uszczęśliwić młodego gitarzystę, który nie sprzedaje jeszcze tysięcy płyt, ale już teraz musi dokonać wyboru. Wyboru, który na dodatek może mieć wpływ na jego dalszą karierę, kierunek gitarowego rozwoju i w konsekwencji na to, czy… kiedykolwiek tę płyty nagra!
Przegląd wzmacniaczy w jakimkolwiek przedziale cenowym jest w pewnym sensie wejściem na pole minowe i próbą odtańczenia na nim tańca, włączając w to rzucanie cielska o glebę. Z jednej strony słowa te, z racji zmieniających się cen wzmacniaczy (jak kryzys, to kryzys), mogą już w chwili ukazania drukiem stracić zupełnie swą aktualność, z drugiej – każdy może mieć w tym temacie własne poglądy i doświadczenia. 
Rynek wzmacniaczy gitarowych cenowej „klasy średniej” stale się powiększa i patrząc na to zjawisko chłodnym i pozbawionym emocji spojrzeniem, można przypuszczać, że będzie nadal się rozwijać, kusząc potencjalnego nabywcę co raz to nowszymi rozwiązaniami technologicznymi i konstrukcyjnymi. Już teraz przypomina on bezkresną dżunglę, w której młody adept sztuki gitarowej może wpaść w sprytnie zastawioną marketingową pułapkę, wydając ciężko wyciągnięte z domowych budżetów pieniądze na coś, co czasem już na starcie nie jest w stanie sprostać jego wymaganiom. Trzeba również pamiętać, że nawet najpiękniej brzmiąca internetowa próbka brzmieniowa danego wzmacniacza oraz studiowanie setek próbek na stronach YouTube nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z tym jakże ważnym elementem „łańcucha” naszego brzmienia. Nie dziwi więc obecność na gitarowych forach internetowych różnorakich wątków i pytań w stylu „mam tysiąc złotych, gram nu metal – jaki piec powinienem kupić?”
W ten oto sposób postanowiłem przyjrzeć się bliżej obecnej ofercie wzmacniaczy z przedziału cenowego 1000-1500 zł. Nie będzie to żadna składanka typu „the best of amplifiers”, ale trzeźwa (akurat – red.), acz subiektywna klasyfikacja najpopularniejszych marek wzmacniaczy na polskim rynku w tym przedziale cenowym.
Na początku założyłem sobie, że wezmę pod uwagę jedynie najważniejsze czynniki takie jak brzmienie, ogólna funkcjonalność (waga, wygląd, wyposażenie) i jakość w stosunku do proponowanej ceny. A co z tego założenia wyszło – zobaczcie poniżej.
Crate V50-112 – w pełni lampowy wzmacniacz pracujący w klasie A i B. Dzięki otwartej konstrukcji brzmi bardzo pełnym i szerokim pasmem. Kanał czysty zachwyca swoją dynamiką i „fenderopodobieństwem”, zaś brzmienie kanału przesterowanego odnajdzie się we wszelkich odmianach rocka, a więc jako całość jest dość uniwersalny. Diabelsko ciężki (22 kg), ale jak wiadomo lampowe wzmacniacze do najlżejszych raczej nigdy nie należały.
Peavey ValveKing 112 – zanim ukazał się na rynku, stanowił wielką zagadkę. W chwili, gdy zagościł w seryjnej sprzedaży na dobre, był chyba jednym z najtańszych „lampiaków” na tej planecie (produkcja w Chinach robi swoje) – dla niektórych to właśnie ta cecha była najbardziej podejrzana. Na szczęście konstrukcja okazała się hitem – producenci wyszli naprzeciw zapotrzebowaniom młodych gitarzystów o mniej zasobnych portfelach.
Ten model może spodobać się fanom cięższego grania, chociaż po dłuższym ogrywaniu pieca można odnieść wrażenie, że bardziej przypadnie do gustu zwolennikom rocka lat 70. i bluesa. Peavey ValveKing oferuje opatentowany system płynnej regulacji klasy pracy lamp nazwany Texture, pozwalający wybierać, a także łączyć obie charakterystyki (symulator brzmienia czystej klasy A oraz A/B). W praktyce daje to spore możliwości, o czym z pewnością przekonał się niejeden właściciel tego urządzenia. Jest też za co pochwalić kanał czysty, a jedyny drobny mankament to moim zdaniem pogłos, ale... od czego są efekty zewnętrzne!
Ibanez TBX 150 R – wzmacniacz ten, dysponując mocą wprost z piekła rodem, od pierwszych chwil przekonuje nas, że czego jak czego, ale mocy to nam raczej nie zabraknie nawet na największym koncercie. Pomimo tranzystorowej od A do Z budowy, zaskakuje nas potęgą brzmienia i miażdżącym przesterem oraz bardzo przyzwoitym kanałem czystym. Ciekawostką jest fakt, że na tym wzmacniaczu można uzyskać brzmienie do złudzenia kojarzące się z soundem Randy'ego Rhoadsa – jak wiadomo w oryginale uzyskiwanym przed wszystkim za pomocą kostki MXR Distortion Plus. Potężny dół, chrypliwa i lekko drapiąca po uszach sporą ilością góry barwa jednym może się podobać, innym pewnie nie bardzo (de gustibus non est disputandum) – tak czy inaczej wzmacniacz ten ostrym krzykiem (dosłownie) ma szansę wedrzeć się na metalowy gitarowy rynek. Gitarzystom grającym bluesa, jazz lub country – raczej nie polecam.
Niestety, oprócz brzmienia miażdżąca jest również waga pieca (24 kg)!
Kustom Defender – to dopiero egzemplarz! Po pierwsze pełna lampa, po drugie atrakcyjny wygląd i świetny sound, wreszcie po trzecie coś bardzo oryginalnego na naszym rynku. Minie jednak sporo czasu i w Wiśle upłynie sporo brudnej wody, zanim nasze specyficzne społeczeństwo przekona się do czegoś, co nie ma jeszcze wyrobionej marki. Wielka to szkoda, bo ten piec prezentuje naprawdę zawodowy poziom, od kanału czystego zaczynając, a na soczystym drive kończąc. Każdy gitarzysta znajdzie tu coś dla siebie – jest przepiękny, okrągły dół, jest hardrockowe brzmienie Angusa i... w tych ostatnich wypada chyba najlepiej, chociaż bluesowe i jazzowe brzmienia są też łatwe do ukręcenia. Wzmacniacz ma to coś, co powoduje że chce się odpalać go ponownie. Charakterem przypomina tak klasyczne zabawki jak Twin Reverb czy Bluesbreaker. Samo zdrowie!
Marshall MG100 DFX – wiadomo, legendarna marka i trudno powiedzieć cokolwiek krytycznego na legendę. Krótko mówiąc: kanał czysty w porządku, efekty też brzmią bardzo fajnie i na pewno o niebo lepiej niż cała masa tanich efektów gitarowych. Natomiast kanał przesterowany może rozczarować zwolenników teorii o uniwersalności wzmacniaczy Jima Marshalla, chociaż nie da się ukryć, że może się dobrze miksować w okolicach bluesrockowego grania. Brzmienia typu crunch są chyba temu wzmacniaczowi najbardziej bliskie. Z footswitcha (na wyposażeniu) możemy sterować wszystkimi najważniejszymi w grze live funkcjami. Aha, wzmacniacz waży tyle, co lampowe combo – 22,4 kg, więc jeśli mieszkasz na trzecim piętrze bloku, w którym nie ma windy – doradzam oprócz ćwiczeń na gitarze, regularne ćwiczenia na siłowni.
Peavey Bandit 112 – ten piecyk to taka udomowiona bestia – znam wielu jego użytkowników grających diametralnie różne gatunki i większość z nich jest zadowolona. Coś w tym musi być – głośny jak wszyscy diabli, dwa tryby kanału czystego (Vintage/Modern) i trzy warianty przesterowanego (Modern/Vintage/High Gain) pozwalają na wykrzesanie z bestii zarówno bluesowych pojękiwań, jak i metalowego czołgu o wzmocnionych gąsienicach. Wśród gitarowej braci krąży jeszcze obiegowa opinia o wyższości starej serii „bandyty” nad nową (ot, taki frazes opowiadany nie tylko w przypadku tej firmy) – ja jednak myślę, że ten młodszy bandzior radzi sobie całkiem dobrze i to w bardzo różnych konfiguracjach.
Fender Frontman 212R – nie sposób go nie docenić z powodu najbardziej prozaicznego z prozaicznych, mianowicie... ceny! Trudno odnaleźć combo o takich osiągach dynamicznych (w dodatku dwugłośnikowe) za takie pieniądze. Jest to wzmacniacz niesamowicie głośny – Volume na 3 i bębniarz na próbie nagle zostaje w tle. Jeśli jednak zależy nam na przesterze mogącym uchodzić za nowoczesny, nie obejdzie się raczej bez dodatkowej kostki pod nogą.
VOX AD50VT – to konstrukcja tranzystorowa-lampowa nazywana często hybrydą, tutaj opatrzona technologią o groźnie brzmiącej nazwie Valve Reactor – obecną we wszystkich modelach serii Valvetronix (lampa 12AX7 na przedwzmacniaczu). Na pokładzie jedenaście symulacji popularnych wzmacniaczy oraz 24-bitowy procesor efektów i to spokojnie wystarczy na odnalezienie, edycję szczegółów i zapisanie ulubionych brzmień. Bardzo ciekawy patent to dodatkowy Volume z tyłu obudowy, dzięki któremu uzyskujemy spadek wydajności głośnika bez wpływu na dynamikę podczas grania – a to może okazać się bardzo praktyczne w sytuacji typu nagłe natchnienie w godzinach nocnych (tę samą funkcję uruchamianą przyciskiem widziałem tylko w małym Rolandzie Cube 20X – tam nazywane to jest Power Squeezer). Ogólnie duży plus za uniwersalność, ciekawy design i naprawdę niezłe brzmienie. Minusy – ciężar pieca (20 kg) i brak footswitcha na wyposażeniu.
Laney LV300 – te wzmacniacze zawsze są pewną zagadką. Niby brytyjski sound – czasem ostry jak pieprz Cayenne, a czasem naprawdę przyjazny i inspirujący. Byłem świadkiem koncerciku w pubie, gdzie zaprzyjaźnieni gitarzyści zagrali na tym wzmacniaczu w dwóch różnych zespołach, jeden po drugim. I co? Otóż w pierwszym przypadku piec zagadał co najmniej interesująco, za to w drugim było raczej zupełnie na odwrót. Janko Muzykant, któremu wiatr grał nawet w widłach, miałby pewnie na ten temat swoją własną teorię – ja jednak myślę, że to sprawa odpowiedniego palca i co tu ukrywać, rozsądnego ustawienia wzmacniacza pod konkretny instrument. Do tego można dodać sposób atakowania strun (czy to kostką, czy palcami), technikę i wiele jeszcze innych rzeczy. Laney LV300 to z pewnością wzmacniacz baaardzo głośny i jego moc gwarantuje dobry odsłuch nawet na ogromnej estradzie. Najciekawiej wypadają brzmienia czyste oraz lekko przesterowane. Moim zdaniem kanał Lead jest trochę zbyt „telefoniczny”, ale i to może niektórym jego potencjalnym użytkownikom się podobać. Konstrukcja hybrydowa z zadowalającą jakością brzmienia – bardziej w stronę brit-pop niż blues czy country. 
Randall RX75D – jeszcze nie tak dawno nazwa firmy kojarzona była z wiadomych względów ultra ciężkim brzmieniem zespołu PANTERA (nieżyjący Dimebag Darell, zanim przesiadł się na Krankesteina, był chyba najbardziej znanym na świecie użytkownikiem tranzystorowej (!) głowy Randall). Wzmacniacz RX75D generuje przester o dosyć ostrym charakterze ze sporą ilością jadu w postaci wyraźnie zaznaczonej góry. Wzmacniacz może się podobać, efekty też są na całkiem przyzwoitym poziomie. Fabrycznie wyposażony w dwudrożny footswitch, którym możemy zmienić kanał i aktywować lub wyłączyć efekt. Osobiście najmniej przypadł mi do gustu kanał czysty.
Fender Deluxe 90 DSP – ten wzmacniacz to klasyk sam w sobie (wiem coś o tym, bo ładnych kilka lat temu byłem posiadaczem modelu bez sekcji DSP). Jak wieść niesie po lesie – nawet sam Steve Vai posiada do dziś starszy model tego pieca i wypowiada się na jego temat bardzo pozytywnie. Znam osobiście pewnego jegomościa, który przez wiele lat był w pełni przekonany, że to wzmacniacz w stu procentach lampowy, opierając swą opinię na tym, co usłyszał z głośnika. Wspaniała dynamika kanału czystego pomimo tranzystorowej konstrukcji. I to chyba największy atut tego wzmacniacza. Jednak, jeśli chodzi o kanał drive, sprawa jest bardziej złożona. Jeżeli bowiem grasz bluesa lub kręcą Cię brzmienia rodem z LYNYRD SKYNYRD, LED ZEPPELIN – to trafiłeś pod właściwy adres. Chyba, że planujesz pograć brzmieniami w stylu P.O.D. lub przestrajać gitarę o tercję w dół – w takim wypadku raczej skieruj oczy na inny piec. Sekcja efektów jest raczej średnia i, używając jej, odczujemy niestety lekkie podcięcie głównego pasma instrumentu. 
Line 6 Flextone III – ten wzmacniacz to typowy „kameleon” w sensie dopasowania do tego, czego akurat oczekuje od niego podłączony gitarzysta. Szczególnie godny polecenia muzykom sesyjnym lub tym, którzy wzmożoną aktywność muzyczną wykazują tylko i wyłącznie u schyłku tygodnia. Nie jest to złośliwa uwaga, lecz słowne zilustrowanie najważniejszej cechy wzmacniacza, czyli jego niesamowitej uniwersalności – w jednej chwili może brzmieć bardzo subtelnie, w stylu nagrań Pata Metheny'ego, a wystarczy jeden ruch i wgniecie nas w ziemię potężnym, dynamicznym i do bólu przejrzystym dźwiękiem rodem z twórczości RAGE AGAINST THE MACHINE. Z jednej strony bardzo dobre symulacje najróżniejszych wzmacniaczy, a z drugiej kopalnia brzmień w postaci wspaniale działającej sekcji efektów. Świetna dynamika, łatwe i szybkie programowanie plus megawygodna obsługa – szczególnie w przypadku użycia dodatkowego sterownika FBV Shortboard. Symulacje wzmacniaczy pochodzą z Line 6 Vetta i ich odwzorowanie może skutecznie przekonać wielu realizatorów nagrań. I żeby nie było tak do końca słodko i cudownie, dodam tylko, że jeśli chodzi o wagę, to Flextone, niestety, także do najlżejszych nie należy.
.jpg)
Crate Black Heart BH5 112 – jeszcze kilka lat temu nie mieściłoby mi się w głowie, że niebawem powstanie wzmacniacz lampowy pracujący w klasie A, na którym da się normalnie grać, i będzie on kosztował… niecałe 1000 zł! Niby tylko jeden kanał, ale grać na nim możesz zawsze i wszędzie – brzmi bardzo przyzwoicie i po podłączeniu zewnętrznej kolumny może zadziwić niejednego gitarzystę. Moc 5 W (z możliwością przełączenia na 3 W) może niektórym wydawać się śmieszna, ale będzie tak tylko do momentu podłączenia gitary (nie zapominajmy, że w klasie A – moc, to zupełnie inne pojęcie). Piec raczej do domu lub do studia, ewentualnie dla wyznawców filozofii „gitara-kabel-wzmacniacz”, ponieważ brak pętli efektów może doskwierać chętnym do używania go w warunkach koncertowych. Wrażenia muzyczne, jak i estetyczne w przypadku tego wzmacniacza są jak najbardziej pozytywne.
Hughes & Kettner Edition Blue 60 DFX – po włączeniu wzmacniacza do sieci poczujesz się jak... w dobrym sklepie mięsnym w piękny letni dzień. Oświetlenie w takim kolorze zwykle zabija wszelkie owady mające ochotę na kontakt ze świeżym mięsiwem, ale po odpaleniu z głośnika kilku dźwięków od razu słychać, iż z „mięsem” brzmieniowym też nie będzie problemu. Jak na pełny tranzystor wzmacniacz odzywa się bardzo przyzwoicie, kanał Lead odzywa się jak dla mnie dość „punkowo”, czyli z charakterystycznym brudem, ale to kwestia także podpiętego do pieca wiosełka. Efekty brzmią przyzwoicie, a dla nie przekonanych jest jeszcze do dyspozycji szeregowa pętla efektów. Oprócz tego do wzmacniacza możemy podłączyć również odtwarzacz mp3 lub CD i pograć ze swoimi podkładami lub ulubionymi utworami. Wzmacniacz ten lokuje się raczej w wadze piórkowej – jego ciężar to zaledwie 13 kg!

Roland Cube 60 – miałem okazję widzieć już co najmniej kilka ciekawych min słuchaczy po odpaleniu tego wzmacniacza (jak również jego mniejszego brata – Cube 20X). Zaskakująca dynamika, szeroki wachlarz barw i sprawnie działająca sekcja efektów czynią z tego comba bardzo groźne narzędzie w rękach sprawnego wioślarza. Footswitch niestety trzeba będzie sobie dokupić, ale wtedy mamy już kontrolę nad zmianą kanałów, efektami i pozostaje nam tylko grać. Wzmacniacz jest poręczny i lekki (tylko 14,5 kg) – bierzesz pod pachę i śmigasz z nim na próbę, koncert czy też na lekcje. Pomimo tranzystorowych niby tylko 60 W – w tym przypadku jest to potężna moc, którą można poczuć w nogawkach już przy niewielkim odkręceniu pieca. Spora ilość symulacji, wyjście na dodatkową kolumnę oraz wyjście tuner out – przesądzają o funkcjonalności urządzenia. Jak najbardziej zasłużony pozytyw.
Crate V18-112 – wzmacniacz spisuje się całkiem nieźle z racji oczywistej: ta konstrukcja to pełna lampa pracująca w czystej klasie A i pomimo niby tylko 18 W mocy znamionowej, da sobie spokojnie radę na próbie czy nawet klubowym koncercie. Kanał przesterowany, kiedy skręcimy mu trochę górę, do złudzenia przypomina ZZ TOP z lejącym się drivem a'la „Gimme All Your Lovin”. Wspólna korekcja dla obu kanałów (ogólna cecha wielu wzmacniaczy Crate) też nie musi być udręką, ponieważ częstotliwości regulatorów dobrane są jak należy, a problem i tak zniknie przy zastosowaniu jakiejkolwiek „dopałki” – wtedy na tym piecu możemy z powodzeniem grać również metalowe riffy.
Orange Tiny Terror – ten wzmacniacz nie mieści się może w założonym pierwotnie przedziale cenowym, choć kto wie, co stanie się z jego ceną za kilka lub kilkanaście miesięcy. Na tyle jednak zaznaczył już swoją obecność na rynku, że nie sposób o nim nie wspomnieć już teraz, nawet jeśli tylko w kilku słowach. Godny polecenia „spryciarz” dedykowany gitarowym purystom. Pomarańczowy „mały terrorysta” to w pełni lampowy head o mocy 15W pracujący w klasie A (z możliwością obniżenia do 7W), który wygląda bardziej na stabilizator napięcia legendarnego już telewizora RUBIN 714 P – niż na poważny gitarowy wzmacniacz. Jest rzeczywiście niewielki, bardzo lekki (zaledwie 6 kg!) i... niesamowicie głośny! Mocy z pewnością wystarczy i to nie tylko na klubowy koncert. Prostota na maxa – tylko jeden kanał i kręcimy zaledwie trzema gałkami (Gain, Tone i Volume), a jednak rezultaty mogą być skrajnie różne: od czystych, lekko chrapliwych brzmień do nasyconych, britpopowych riffów (tak, brzmienie jest zdecydowanie brytyjskie). Metalu na nim grać się pewnie nie da, lecz rock wszelki z nieco old-schoolowym charakterem – jak najbardziej. Brzmienie tego wzmacniacza to taka esencja rock`n`rolla – Led Zeppelin, The Who i Rolling Stones w jednej pigułce.
Podsumowanie
O wyżej wymienionych wzmacniaczach można by napisać jeszcze wiele, chodziło jednak o zwykłą i ludzką opinię, która może stać się pomocną w dobraniu pieca do własnych preferencji zarówno brzmieniowych jak i tych pozamuzycznych (ach, te pieniądze...). W dobie współczesnych, rozwijających się w szalonym tempie technologii zaryzykuję stwierdzenie, że wzmacniacze przyszłości będzie malutkie, lekkie, głośne w zakresie 5-100W RMS i będą brzmiały tak, jak będzie nam to odpowiadało. Zaopatrzone będą w skośne elementy, aż nadto sugerujące kraj ich pochodzenia (muszą przecież być tanie) i wszyscy będziemy na nich pięknie grali.
Czego sobie i Wam wszystkim życzę.