UDOSTĘPNIJ

Kilku klasyków rocka w życiu widziałem i na dobrą sprawę nie przypominam sobie, żeby koncert któregoś z nich mnie zawiódł. Ale też nie przypominam sobie aż tak pozytywnego zaskoczenia, jakie zafundowali mi w pewien zimny, grudniowy, niedzielny wieczór Uriah Heep.

 

Na początek zdziwienie: pół godziny przed występem supportującego Uriah Heep Sautrus w klubie mnóstwo ludzi. Średnia wieku wysoko powyżej trzydziestki albo nawet czterdziestki. Nikt nie rzuca kurwami, nie krzyczy „slejer” (rany, czyli to tylko ta metalowa publiczność – której częścią jestem – zachowuje się na koncertach jakby postradała dobre maniery. Mnóstwo siwizny i łysiny, brzuszki, sweterki i koszule, dużo par, gdzieniegdzie jakieś młode twarze. W moim t-shircie death metalowego zespołu czuję się w takiej atmosferze dziwnie, ale i dobrze. Chyba jestem stary.

Kiedy Sautrus wychodzili na scenę w klubie rozbrzmiały brawa. Słusznie. Kto widział kiedyś występ gdańszczan ten wie, że panowie wiedzą, co robią. Ich show jest świadome. Połączenie Black Sabbath z psychodelicznymi odjazdami świetnie brzmi, a gdy towarzyszy mu ten rytualny, wręcz zwierzęcy taniec wokalisty Weno Wintera, koncert staje się misterium. Jego wokalizy śpiewane a to czysto, a to gardłowym śpiewem (to niełatwa technika) wprowadzają publiczność w stan podwyższonej otwartości umysłu, którą przeklinaliby wszyscy egzorcyści. Sautrus to zdecydowanie zespół, który powinien w najbliższych latach stać się zdecydowanie większy, niż jest obecnie. Występ przed Uriah Heep potwierdził te zakusy na zmianę statutu. Publika, która w znakomitej większości nie znała wcześniej Sautrus, przyjęła go co najmniej bardzo dobrze. Słyszałem, jak panowie obok mnie z uznaniem powtarzali sobie nazwę grupy.

04.12.2016 – Gdansk, Koncert zespolu Uriah Heep n/z
Mick Box, Davey Rimmer | Fot. Karol Makurat/REPORTER

 

Ale jeśli Sautrus zagrał dobrze, to nie wiem co powiedzieć o Uriah Heep. Muzycy, których wiek trzeba chyba datować węglem, po prostu wyszli i od razu, bez zbędnego odwlekania czy budowania napięcia, zabrzmieli tak, jak brzmieć chciałby każdy rock’n’rollowy zespół. Cios. Nie jestem jakimś tam wielkim fanem klasyków rocka, ale do mojej lubej z miejsca wystosowałem SMS, że „Budka Suflera to to nie jest”. Po pierwsze – Uriah Heep może i wyglądają na zaawansowanych wiekowo facetów, ale na scenie mają więcej energii, niż niejedna grupa nastolatków. Bernie Shaw to sceniczna bestia, doskonale dogadująca się z publicznością, żartująca, zachęcająca do zabawy i tak będącą w świetnym nastroju publikę. Mick Box był na scenie wyluzowany, co chwilę rzucał na zgromadzonych jakieś swoje zaklęcia. Chudziutki Davey Rimmer był raz tu, raz tam, raz uśmiechając się do pierwszego rzędu, raz wymieniając spojrzenia z dystyngowanym Philem Lanzonem, który dyrygował publicznością zza swojego zestawu instrumentów klawiszowych. Był jeszcze oczywiście schowany za pokaźną perkusją Russell Gilbrook, który obijał werbel z siłą Pudziana i precyzją laserów chirurgicznych. Zespół bez większych problemów wziął całą publiczność za zakładników, a dodajmy, że frekwencja była całkiem niezła. Posypało się mnóstwo starych numerów, ale było też kilka nowych z ostatniego albumu „Outsider” (choć są niezłe, to miałem wrażenie, że jednak trochę mniej interesujące od starszych). Zaczęło się od totalnego klasyka w postaci „Gypsy”, który od razu rozbujał publiczność. W setliście bogato reprezentowana była płyta „Look at Yourself” (grupa zagrała utwór tytułowy, „Shadows of Grief” oraz rzecz jasna „July Morning”). Bernie Shaw wprowadzał publiczność w kolejne etapy koncertu, w żartobliwy sposób opowiadając jak to było w 1972 roku (kiedy to jego zdaniem – również za sprawą Uriah Heep – narodził się prog rock, bo piosenki poniżej 10 minut przestały być modne), tym samym zapowiadając długi „The Magician’s Birthday” z rozbudowaną partią gitarowo-perkusyjną. Już na początku koncertu obligował publiczność, by zaśpiewała z nim wokalizę w legendarnym „Lady in Black”, zapowiedzianym przez Micka Boxa jako „hipisowska piosenka”, co zresztą publiczność więcej niż chętnie uczyniła. Bernie ujmował siłą głosu, czuł się świetnie w bardziej drapieżnym repertuarze, jak również we łzawym „Rain” z albumu „The Magician’s Birthday” (poza tym utworem i wspomnianą piosenką tytułową krążek ten reprezentował jeszcze numer „Sunrise”). Co więcej, wszystkie te wokalizy, fenomenalne i charakterystyczne dla Uriah Heep chórki wyśpiewywane przez 4/5 zespołu wybrzmiewały w B90 tak, że nikt nie miał wątpliwości jaki zespół występuje. I serio, w całej tej elektrycznej energii, jaka biła od muzyków, nie przeszkadzały siwizny i brzuszki. Rock’n’roll się najwyraźniej nie starzeje.

Oczywiście nie obyłoby się bez bisów. Kiedy Uriah Heep wrócili na scenie wywołani skandowaniem publiczności, zapowiedzieli, że spotkają się ze wszystkimi przy barze, ale najpierw muszą jeszcze zagrać „Easy Livin’”. Słusznie, bo miałem zamiar stać pod sceną choćby i tydzień, żeby usłyszeć ten numer na żywo (przy okazji załapałbym się na koncert Amon Amarth w czwartek).

Na zakończenie pozwolę sobie skierować kilka słów do moich rówieśników oraz młodszych fanów muzyki rockowej: uczcie się od starych mistrzów.

Foto: Karol „Tarakum” Makurat
Tekst: Kuba Milszewski


---------------------------------------------------------------------------

Najnowszy drukowany numer TopGuitar możesz kupić online:

sierpniowe wydanie TopGuitar (TG 08/2017).


Lub ściągnij wydanie na tablet/smartfon:
iOS: http://topguitar.pl/ios/
Android: http://topguitar.pl/android/


Zamów prenumeratę w promocji: http://topguitar.pl/sklep/

----------------------------------------------------------------------------

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułGuns’n’Roses w Gdańsku.
Następny artykułBlindead zagrają w warszawskiej Progresji
Jego muzyczna podróż zaczęła się wiele lat temu, gdy jako 13-latek usłyszał klasyczny album Deep Purple “Nobody's Perfect”. Nauczył się grać na gitarze, potem na basie, założył swój pierwszy zespół, napisał swoje pierwsze piosenki... Jego muzycznym mentorem jest wokalista Jacek Siciarek, z którym grał w funk-bluesowym zespole DzieńDobry. Potem trafił do gdyńskiej formacji FARBA, z którą nagrał kilka płyt i wylansował kilka przebojów. W międzyczasie rozpoczęła się jego pasja dziennikarska, najpierw w czasopiśmie Gitara i Bas, potem w magazynie TopGuitar. Pisze także artykuły do czasopism TopDrummer i Muzyk. Jakieś pasje? Tak: gitara basowa, gitara basowa i... gitara basowa!