Nie jest tajemnicą, że muzyka rockowa od jakiegoś czasu ucywilizowała się i nie szokuje już tak swoim przekazem, a i artyści ją wykonujący nie są już aż tak „niegrzeczni”. Czasy się zmieniły a hasło „sex, drugs & rockandroll” brzmi dzisiaj kuriozalnie. Oczywiście stare rockandrollowe ekipy typu Hollywood Vampires nie zmienią się nigdy, ale młodzi rockmani kierują się już innymi zasadami.
W dzisiejszych czasach fakt grania w rockowej kapeli jest wręcz powodem do powszechnej akceptacji i zadowolenia, zwłaszcza wśród starszej części społeczeństwa. Model rockmana jako przedstawiciela niebezpiecznej, zbuntowanej młodzieży, która „musi się wyszumieć” przestaje mieć rację bytu. Dzisiaj to, co oferuje granie w zespole, jawi się jako wybawienie dla młodych ludzi, wyalienowanych w bańce wirtualnego świata. Prawdziwym problemem dzisiaj (zwłaszcza po lockdownie i doświadczeniach lekcji/spotkań on line) jest wyobcowanie jednostki, zamknięcie się jej w przestrzeni social mediów i utrata przez to prawdziwych więzi społecznych. A rockowy (i nie tylko) zespół to, spotkania, rozmowy, próby, koncerty, afterparty… czyli realne interakcje z drugą żywą osobą. Bez dwóch zdań jest to dzisiaj rzecz pożądana. Sprawdźmy jednak dokładniej dlaczego rock nie jest już postrzegany jako społeczna i kulturowa degeneracja.
Model rockmana jako przedstawiciela niebezpiecznej, zbuntowanej młodzieży, która 'musi się wyszumieć’ przestaje mieć rację bytu. Dzisiaj to, co oferuje granie w zespole, jawi się jako wybawienie dla młodych ludzi, wyalienowanych w bańce wirtualnego świata
Rock w służbie ludzkości
Dla wielu osób związanych z rockiem, ten gatunek i styl życia nigdy nie był „wyjęty spod prawa”, czy jakiś gorszy niż inne. Może o tym świadczyć choćby historia Beatlesów i ich kasy, która przyczyniła się do wprowadzenia do użycia jednego z najpopularniejszych urządzeń diagnozy medycznej. Pisaliśmy o tym TUTAJ, ale teraz jest okazja by przypomnieć króciutko tę historię. Kiedy The Beatles stali się kurą znoszącą złote jajka, ich wydawca, label EMI, nagle miał więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek przypuszczał, że zarobi. Pamiętajmy, że EMI oznacza Electric and Musical Industries i podobnie jak jego starszy brat, czyli Sony, był więc czymś więcej niż tylko wytwórnią płytową – miał cały dział elektroniczny, specjalizujący się w gramofonach, kamerach, systemach radarowych itp
Pieniądze, które The Beatles zapewnili firmie, sprawiły, że jeden z jej naukowców, Godfrey Hounsfield, nagle otrzymał czek in blanco i zaczął projektować urządzenie nazwane później tomografem komputerowym. Ostatecznie okazało się, że Hounsfield wynalazł skaner tomografii komputerowej, a za swój wynalazek otrzymał Nagrodę Nobla. Wiele osób żyje dzisiaj właśnie dzięki dostępności tomografii komputerowej. Badania Hounsfielda nie zaczęłyby się, gdyby nie przyznano mu funduszy na pracę nad projektem, a te pieniądze były bezpośrednim wynikiem sukcesu The Beatles.
W obecnych czasach liczba fundacji, funduszy i charytatywnych zbiórek prowadzonych przez zespoły rockowe jest ogromna. Stwierdzenie „rock w służbie ludzkości” jest więc jak najbardziej na miejscu. Dodajmy do tego to, o czym napisaliśmy na początku, czyli tworzenie dzięki muzyce rockowej (nie tylko, ale też!) więzi społecznych, identyfikację młodzieży, jej komunikację ze sobą ale też uczestnictwo w kulturze, edukację muzyczną (nauka gry na instrumentach, śpiewania), czy też wymuszanie refleksji związanych z poruszaną w utworach tematyką. O każdym z tych zagadnień powstały już rozprawy naukowe, a zatem bezwzględnie rock stał się ważnym, pożytecznym elementem kultury.
Liczba fundacji, funduszy i charytatywnych zbiórek prowadzonych przez zespoły rockowe jest ogromna. Stwierdzenie „rock w służbie ludzkości” jest więc jak najbardziej na miejscu

Badania, czyli na dwoje babka wróżyła
Skoro już o nauce mowa. Wiadomo nie od dziś, że badania naukowe mogą udowodnić dowolną tezę, wystarczy przeprowadzić je w odpowiedni sposób i na odpowiedniej próbie. Zacznijmy od łyżki dziegdziu. E. Georgieva stwierdza w swoich badaniach, że muzyka głośna, szybka i skomplikowana ma na nas szkodliwy wpływ, porównywalny z używkami takimi jak papierosy, alkohol czy narkotyki: „Muzyka, którą można określić jako szkodliwą, charakteryzuje się częstymi dysonansami, brakiem formy i nieregularnym rytmem”.
Z kolei według prof. B. Raucha „słuchanie hard rocka prowadzi do uwolnienia tzw. hormonów stresu, które wymazują z mózgu znaczną część informacji.” Amerykańscy lekarze, z naukowcem Robertem Larsonem na czele, twierdzą, że powtarzający się rytm i drgania gitary basowej o niskiej częstotliwości wpływają silnie na stan płynu mózgowo-rdzeniowego, a w konsekwencji na funkcjonowanie gruczołów regulujących wydzielanie hormonów; znacząco zmienia się poziom insuliny we krwi. Na poziomie genetycznym „szkodliwa” muzyka wywołuje bardzo silne zniszczenia: dosłownie rozbija cząsteczki DNA.”
Badania naukowe mogą udowodnić dowolną tezę, wystarczy przeprowadzić je w odpowiedni sposób i na odpowiedniej próbie
Druga strona tego samego medalu wygląda tak, że co i rusz pojawiają się jakieś badania naukowe mówiące o pozytywnym wpływie rocka na nasz mózg, nerwy czy wręcz osobowość. Naukowcy z Uniwersytetu Heriot-Watt w Edynburgu pod kierunkiem prof. Adriana Northa, kierownika Katedry Psychologii Stosowanej, postanowili zbadać związek między preferencjami muzycznymi, a intelektem słuchaczy: „Jednym z faktów, które najbardziej nas zadziwiły, jest to, że fani muzyki klasycznej i hard rocka są bardzo podobni” – przyznał North. Ku uciesze dorastającej młodzieży, najwyższym intelektem wykazali się fani muzyki klasycznej… i rocka. „W społeczeństwie istnieje stereotyp fana hard rocka jako osoby pogrążonej w głębokiej depresji z tendencją samobójczą. Powszechnie przyjmuje się, że rockmani są niebezpiecznymi elementami społeczeństwa. W rzeczywistości są nieszkodliwi, a nawet przydatni dla społeczeństwa jako Całość. To bardzo subtelne natury.”
Jak podał serwis Teraz Muzyka, Dr psychologii Nick Perham przeprowadził w 2019 roku badania, które potwierdziły, że muzyka heavymetalowa może pozytywnie wpłynąć na zdrowie fanów: „Pomimo często brutalnych tekstów piosenek metalowych badanie wykazuje, że fani heavy metalu nie stają się nieczuli na przemoc, co podważa wcześniejsze przypuszczenia dotyczące szkodliwego wpływu takiej muzyki. Wyniki badań pokazują, że fani, którzy od dawna słuchają heavy metalu są szczęśliwsi za młodu, a w wieku średnim lepiej dostosowują się do środowiska niż ich rówieśnicy, którzy fanami metalu nie są. Inne badanie wykazało, że jeśli osoba, która się rozzłościła, posłucha muzyki heavymetalowej, jej gniew nie wzrośnie, ale zwiększą się pozytywne emocje, co wskazuje, że słuchanie ostrej muzyki pomaga w zdrowy sposób przetrawić gniew.
Interesujący i mało spodziewany wynik prezentuje badanie przeprowadzone we Francji w grupie chłopców i mężczyzn w wieku 13−44 lat. Według niego mani metalu wykazują ogólnie niski poziom lęku i mniej objawów depresji niż osoby niesłuchające tego gatunku muzycznego. Prawdopodobnie kontakt z tematyką śmierci w utworach metalowych może prowadzić do specyficznego oswojenia się i pomóc w radzeniu sobie z poczuciem własnej śmiertelności.
I jeszcze jeden przykład. W 2017 r. Spotify we współpracy z „platformą służącą lekarzom do wymiany doświadczeń” przeprowadził badanie dotyczące słuchania muzyki przez chirurgów podczas zabiegów operacyjnych. Okazało się, że muzyka to nieodłączny element większości operacji. Słucha jej prawie 90 proc. chirurgów, a najpopularniejszym gatunkiem jest… tak, zgadliście. Rock wybiera aż 49 proc. operujących chirurgów. Dzisiaj zresztą słuchają go wszyscy, od Igi Świątek, po Baracka Obamę, celebryci, politycy, specjaliści, więc niewątpliwie obecnie rock bryluje na salonach.

Sex, drugs & rockandroll. O’rly?
A co ze stereotypem stylu życia w postaci rockandrollowej jazdy po bandzie? Czy oglądaliście film „The Dirt” opiewający historię Mötley Crüe, najbardziej rockandrollowego z rockandrollowych zespołów jaki pojawił się na rockowym firmamencie? Kiedyś Titus powiedział, że słynne imprezowanie Acid Drinkers to było przedszkole w porównaniu z przygodami Oddziału Zamkniętego. No to idźmy dalej i powiedzmy sobie szczerze, że balangi Oddziału to były grzeczne potańcówki w porównaniu z narkotycznymi orgiami Nikki Sixxa i Tommy’ego Lee. Gdyby istniało urządzenie mierzące intensywność imprezowania, taki imprezometr, w przypadku Mötley Crüe obróciłby się dwa razy wokół własnej skali.
Gdyby istniało urządzenie mierzące intensywność imprezowania, taki imprezometr, w przypadku Mötley Crüe obróciłby się dwa razy wokół własnej skali
Oczywiście to balowanie wpływało zarówno na stan zdrowia, czy formę muzyczną artystów, jak i na samą muzykę, która w alkoholowo – narkotykowych oparach nie do końca rozwijała skrzydła. Dlatego to, co słyszymy na niektórych płytach to w dużej mierze efekt producentów i realizatorów czyniących cuda, by materiał był zdatny do słuchania i zaakceptowany przez wytwórnię płytową. Tak było. A teraz?
Zdrowy tryb życia, sport, diety, medytacje, suplementy, co najwyżej piwo, szklanka whisky, marihuana albo CBD. Generalnie samoświadomość, forma, sumienność, oszczędność, jednym słowem 'kulturka’. Takie mamy czasy. W ogóle, to nie jest tylko cecha muzycznych środowisk, ale ogólnie młodzi ludzie nie wykazują już większych chęci do katowania swoich organizmów. Epoka powszechnych epickich balang przeminęła i co najwyżej możemy o niej powspominać, czytając np. autobiografię Ozzy’ego…
Czy to dobrze? Chyba tak, choć w „grzecznych” czasach z „grzecznymi” artystami nie powstaną pewnie dzieła na miarę „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, ale to już temat na zupełnie inne rozważania.
W 'grzecznych’ czasach z 'grzecznymi’ artystami nie powstaną pewnie dzieła na miarę 'Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band’
