30 kwietnia minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, na które środowiska twórcze czekały piętnaście lat. Od jesieni tego roku opłata reprograficzna obejmie smartfony, laptopy, tablety i telewizory — 1 procent od ceny netto każdego urządzenia. Internet natychmiast eksplodował i to wcale nie z radości.
Warto zrozumieć, czym w ogóle jest opłata reprograficzna. Funkcjonuje ona w Polsce od 1994 roku (aktualizacja miała miejsce w latach 2008 i 2011, kiedy tum parapodatkiem objęto przenośne urządzenia mp3 i mp4) i jest wymagana przez prawo unijne — jej odpowiedniki działają w niemal każdym kraju Europy. Problem polegał na tym, że przez ostatnie piętnaście lat obejmowała sprzęt, którego nikt już nie używa: magnetofony, nagrywarki DVD, a nawet… faksy. Wpływy z opłat reprograficznych w Polsce należały do najniższych w całej Unii Europejskiej — zaledwie 35 milionów złotych rocznie. Po nowelizacji ma to być 150–200 milionów. Niemcy płacą 9 procent od urządzenia, Francja 5–9 procent. Polskie 1 procent to przy tym absolutne minimum. Tyle suchych faktów.
Pieniądze trafią przez ZAiKS i inne organizacje do muzyków — w tym do gitarzystów grających na umowach o dzieło, którzy do tej pory nie mieli ani emerytury, ani chorobowego, ani żadnego zabezpieczenia socjalnego – byli totalnie poza systemem. Dla tej grupy to potencjalnie zmiana na lepsze.
Problemy
Tu pojawia się argument o podwójnym płaceniu, który jest trudny do odrzucenia. Spotify, Tidal, YouTube Premium — płacimy co miesiąc abonament, z którego twórcy dostają tantiemy. Tylko w 2024 roku polscy twórcy zarobili dzięki Spotify prawie 190 milionów złotych — tyle, ile ma przynosić cała opłata reprograficzna rocznie. I teraz mamy płacić jeszcze raz, kupując telefon, na którym tego słuchamy.
Jest też kontrowersja proceduralna – rozporządzenie weszło w życie bez debaty sejmowej i bez podpisu prezydenta, w trybie pozaustawowym. Wystarczyło rozporządzenie i podpis ministra kultury. A przecież to w zasadzie nowy podatek, wobec czego prawnicy mówią wprost o ryzyku konstytucyjnym.
Jak Jaś Kapela i Sidney Polack zatopił całą narrację
Środowisko twórcze wraz z Organizacjami Zbiorowego Zarządzania, takimi jak ZAiKS, od lat lobbowały za nowelizacją. Gdy minister Cienkowska w końcu podpisała rozporządzenie, poeta i performer Jaś Kapela — wcześniej wielokrotnie atakowany za granty ministerialne — opublikował na X wpis, który stał się paliwem na tygodnie:
W ogóle chciałem wam wszystkim podziękować. Warto było iść do Hate Parku, przeżyć ogólnopolski hejt, zacząć walczyć w Prime MMA, odbyć siedem walk w oktagonie, otrzymać stypendium ministra, przeżyć kolejne fale hejtu, żeby w końcu opłata reprograficzna została znowelizowana i ZAiKS miał jeszcze więcej kasy
Tym jednym postem potwierdził wszystko, co jego krytycy chcieli usłyszeć – dostali gotowy materiał na tygodnie. W tle funkcjonował już wcześniejszy występ Kapeli i Sidneya Polaka na Kanale Sportowym, gdzie żaden z nich nie potrafił w przekonujący sposób wyjaśnić, dlaczego wszyscy mamy się zrzucać na to, że mogą — jak to górnolotnie ujęli — pisać wiersze i nagrywać muzykę.
Efekt był taki, że debata o uzasadnionej, europejskiej regulacji zamieniła się w debatę o tym, jakie „beztalencia” dostaną nasze pieniądze. A twarzą opłaty stał się nie gitarzysta sesyjny bez ubezpieczenia, lecz artysta kojarzony z ministerialnymi grantami i happeningami, których znaczna część Polaków nie rozumie i nie chce finansować.
Ustawa o zawodzie artysty – czysty chaos
Równolegle z opłatą reprograficzną w Sejmie trwały prace nad osobną ustawą o zabezpieczeniu socjalnym artystów zawodowych. Projekt przewiduje systemowe dopłaty z budżetu państwa do składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne dla artystów o nieregularnych dochodach, a jednym ze źródeł finansowania miała być właśnie opłata reprograficzna.
Tylko, że przeznaczenia środków z opłaty reprograficznej na dofinansowanie składek ZUS okazało się… niemożliwe. Naruszałoby przepisy unijnej dyrektywy z 2001 roku o prawie autorskim, a Polsce groziłoby zaskarżenie do TSUE.
Mamy zatem dwa równoległe projekty: opłatę reprograficzną jako oddzielne rozporządzenie ministra kultury oraz ustawę o statusie artysty zawodowego i dopłatach do ZUS, finansowaną z budżetu państwa, których nijak nie da się połączyć…
Commentary
Zdaniem Redakcji TopGuitar, sama opłata reprograficzna jest uzasadniona. System, który pobierał opłaty od kaset VHS w 2025 roku, był absurdem. Muzycy bez umów o pracę naprawdę zasługują na jakieś zabezpieczenie. Ale komunikacyjnie przeprowadzono to tak niezdarnie — podpisując rozporządzenie tuż przed majówką, bez żadnej kampanii wyjaśniającej — że nawet ci, którzy mogliby popierać ideę, zostali postawieni po złej stronie barykady.














