Joe Bonamassa miał zaledwie 12–13 lat, kiedy po raz pierwszy stanął na scenie obok Alberta Collinsa, jednego z najbardziej charakterystycznych gitarzystów bluesowych w historii. Jak wspomina dziś, spotkanie z „Icemanem” było dla niego znacznie ważniejszą lekcją niż niejeden kurs gry na gitarze. Collins pokazał mu jak całkowicie przejąć kontrolę nad publicznością i że nie trzeba do tego wielu nut.
Albert Collins i lekcja, której Bonamassa nie zapomniał
Joe Bonamassa opowiedział o tamtym doświadczeniu w podcaście No Cover Charge, prowadzonym przez Jareda Jamesa Nicholsa i Tylera Larsona. Jak wspomina, wcześniej jego talent zauważył Danny Gatton, który stał się jednym z jego pierwszych muzycznych mentorów. To właśnie dzięki kontaktom z Gattonem młody Bonamassa zaczął pojawiać się na scenie podczas festiwalu Silver Lake New York Blues Festival and Hog Roast.
Bonamassa szybko znalazł się więc w sytuacji, w której jako nastolatek mógł uczyć się od największych postaci amerykańskiego bluesa bezpośrednio na scenie.
Kiedy przyszła kolej na Collinsa, lekcja okazała się wyjątkowo intensywna.
Gitary są świetne, bo można za ich pomocą otulić ludzi, ale można też używać ich jak broni – a ja uwielbiam używać gitary jak broni. Wiecie, kto był w tym najlepszy? Albert Collins. To była broń. Nie bez powodu nazywano go Icemanem. Ja sam przekonałem się o tym na własnej skórze, kiedy byłem dzieciakiem
„Nauczył mnie najwspanialszych rzeczy, jakich kiedykolwiek nauczyłem się na scenie”
Albert Collins był wyjątkowym gitarzystą nie tylko ze względu na brzmienie. Grał na Telecasterze, często używał nietypowego stroju open F minor i kapodastera, a charakterystyczną artykulację uzyskiwał m.in. dzięki grze kciukiem i palcem wskazującym.
Dla młodego Bonamassy najważniejsza była jednak lekcja dotycząca siły pojedynczego dźwięku.
Miałem wtedy jakieś 12 albo 13 lat i poproszono mnie, żebym zagrał z Albertem podczas Silver Lake New York Blues Festival and Hog Roast. Rok wcześniej poznałem Danny’ego Gattona, więc zaproszono mnie ponownie, a ludziom udało się przekonać Alberta Collinsa, żeby pozwolił mi wejść na scenę. Nauczył mnie najwspanialszych rzeczy, jakich kiedykolwiek nauczyłem się na scenie
To doświadczenie dobrze pokazuje, dlaczego droga Bonamassy wyglądała inaczej niż typowa kariera młodego gitarowego wirtuoza. Zanim jeszcze na dobre wkroczył w świat blues-rockowej kariery, miał możliwość obserwowania muzyków, dla których sceniczna komunikacja była równie ważna jak technika.
Od Lace Sensorów do szkoły bluesowego „ciosu”
Co ciekawe, Bonamassa podczas występu z Collinsem nie korzystał z typowego dla Icemana Telecastera. Młody gitarzysta grał wówczas na amerykańskim Stratocasterze z przetwornikami Lace Sensor, podłączonym do tranzystorowego zestawu Sunn Beta Lead 4×12.
Dziś Bonamassa należy do najbardziej rozpoznawalnych gitarzystów blues-rockowych swojego pokolenia, ale jego wspomnienie o Collinsie pokazuje, że fundamentem jego stylu nie jest wyłącznie bluesowa szybkość czy techniczna perfekcja.


