Występ Ritchiego Blackmore’a z Deep Purple w Jones Beach Theater w Nowym Jorku 12 sierpnia był jednym z najbardziej niezwykłych gitarowych wydarzeń ostatnich miesięcy, a może i lat. Po ponad trzech dekadach legendarny gitarzysta ponownie stanął na scenie z zespołem, który współtworzył w 1968 roku, wykonując „Smoke on the Water”.
Ritchie Blackmore opuścił Deep Purple w 1993 roku i od tamtej pory nie występował z zespołem, a kontakt między dawnymi kolegami też bywał – oględnie mówiąc – różny. Nic więc dziwnego, że jego powrót wywołał ogromne emocje. Nie zabrakło również komentarzy dotyczących samego wykonania – część słuchaczy uznała, że solówka gitarzysty nie była tak efektowna, jak można było oczekiwać po muzyku jego formatu.
Sam Blackmore patrzy jednak na ten występ z zupełnie innej perspektywy.
„Nie byłem tam po to, żeby grać poprawne nuty”
W rozmowie z Guitar Player 81-letni gitarzysta przyznał, że wszystko wydarzyło się bardzo szybko i nie miał nawet czasu na rozgrzewkę.
To było bardzo wzruszające, ponieważ wszedłem na scenę bardzo szybko i od razu musiałem grać. Nie mogłem się rozgrzać, ale nie byłem tam po to, żeby grać poprawne nuty. Byłem tam, żeby zobaczyć starych przyjaciół
To chyba najlepsza odpowiedź na krytykę jego gry, która pojawiła się w sieci. Blackmore nie pojawił się na scenie po to, aby udowadniać, że w wieku 81 lat nadal potrafi zagrać każdą nutę z taką samą precyzją jak w czasach „Machine Head” czy „Made in Japan”. Znacznie ważniejszy był dla niego sam fakt spotkania z dawnymi kolegami i symboliczne zakopanie topora wojennego.
„Może to ostatni raz, kiedy się widzimy”
Blackmore przyznał również, że spotkanie miało dla niego szczególny, niemal pożegnalny charakter.
Nie widziałem ich przez prawie 40 lat, a wszyscy się starzejemy. Myślę, że zdaliśmy sobie sprawę, że może to być ostatni raz, kiedy się widzimy
Dla fanów był to zatem powrót człowieka, którego charakterystyczny riff i solówki współtworzyły fundament gitarowego grania. Dla samego Blackmore’a – przede wszystkim spotkanie z ludźmi, z którymi tworzył historię muzyki.
Co więcej, inicjatywa wyszła właśnie od niego. Kiedy dowiedział się, że Deep Purple będzie występować w pobliżu jego domu na Long Island, sam uznał, że warto pojawić się na scenie.
Pewnego ranka, dzień przed ich koncertem, pomyślałem: »Wiesz, dla fanów byłoby dobrze, gdybym wyszedł na jeden utwór, prawdopodobnie ‘Smoke’, i pokazał, że nie jesteśmy przeciwko sobie i że się nie nienawidzimy«
Czy to naprawdę był ostatni raz?
Występ w Jones Beach Theater może mieć jeszcze jeden wymiar. Blackmore od lat ogranicza koncertowanie, a jego problemy zdrowotne sprawiają, że możliwości występów są znacznie mniejsze niż kiedyś. Nowojorski koncert był dla niego wyjątkowo dogodny również dlatego, że odbywał się w miejscu, do którego mógł dotrzeć samochodem z Long Island.
Dlatego słowa o możliwym ostatnim spotkaniu z Deep Purple nie muszą być wyłącznie melodramatyzmem. Być może rzeczywiście obejrzeliśmy ostatni wspólny występ Ritchiego Blackmore’a i Deep Purple.
A jeśli tak, to chyba warto zapamiętać go nie przez kilka mniej lub bardziej udanych nut, lecz przez sam obraz Blackmore’a ponownie stojącego obok dawnych kolegów, obejmowanego przez Gilana i grającego „Smoke on the Water”. Chodziło właśnie o tę historię.


