W połowie drugiego wakacyjnego miesiąca Knock Out Productions przygotował dla fanów metalu mini-festiwal w krakowskim Klubie Studio. Magnesem, który 14 sierpnia 2026 przyciagnął do klubu komplet publiczności był występ trzech legendarnych, istniejących od czterech dekad formacji prezentujących różne odcienie ciężkiej muzyki.
Najpierw na scenie zameldowała się formacja pochodząca z Los Angeles. Ammored Saint istnieją od 1982 roku, a debiutancki album wydali w 1984. Po 42 latach, w maju br. ukazała się najnowsza płyta dżentelmenów, którzy bez kompromisów i żywiołowo od pierwszych dźwięków zabrali się za rozgrzanie gęstniejącego pod sceną tłumu. Z zadania wywiązali się wzorowo, panowie wykorzystali pełen wachlarz zachowań stosowanych przez muzyków żeby odwrócić uwagę słuchaczy od dobrze zaopatrzonego sklepiku z merczem oraz baru. John Bush wylewał hektolitry potu znakomicie wyśpiewując kolejne teksty, a muzycy nie pozostawali w tym w zakresie harców scenicznych. Publika to doceniła z wdzięcznością, a i ja świetnie się bawiłem już podczas pierwszego koncertu tego wieczoru.
Po niezbędnym przemeblowaniu sceny przed publicznością zameldowali się kolejni weterani – Metal Church. Panowie sprawili wiernym fanom wielką przyjemność skupiając się na kompozycjach pochodzących jeszcze z lat 80-tych ubiegłego wieku, gdy rozpoczynali muzyczny podbój świata. Z basem pięknie prężył się David Ellefsonn od niedawna odpowiadający za niskie pasmo w brzmieniu kapeli, a mądrość zbiorowa w postaci większości słuchaczy koncertu przez aklamację zaaprobowała sposób w jaki Brian Allen w stosownym kostiumie traktuje wokalnie partie oryginalnie wyśpiewywane przez Davida Wayne’a. Nie zabrakło oczywiście utworów balladowych, a całość zakończył, a jakże, legendarny numer „Metal Church”.
Nad sceną zawisła podświetlana kurtyna z logiem Testamentu, za którą technicy przygotowali scenę do występu headlinera wieczoru. O godzinie 21.00 z głośników popłynęła pieśń zespołu Beastie Boys „Fight for your right”, kurtyna opadła, a publiczność od pierwszych riffów dosłownie oszalała. Potężny Chuck Billy od pierwszych wykrzyczanych wersów pokazał, że panuje nad sytuacją, a już pierwszy numer zagrany tego wieczoru – „Into the pit” pokazał, że znakomici Alex Skolnick i Eric Peterson jeńców nie biorą. Grupa z San Francisco zaczynająca karierę pod nazwą Legacy pokazała, że z wiekiem zamiast łagodnieć i tetryczeć ich muzyka nabiera mocy i agresji. Wisząca w tle sceny grafika z okładki najnowszej płyty kwintetu zapowiedziała to, co nas między innymi czekało: panowie odegrali „For the Love of Pain”, „Infanticide A.I.”, „Shadow People”, „Nature of the Beast”. Ale wybrzmiała i „The Ballad” z nastrojem jak w tytule, nie zabrakło solówki perkusyjnej w wykonaniu młokosa Chrisa Dovasa zdecydowanie zaniżającego wiek w zespole, całość panowie zakończyli klasycznie – wybrzmiały „First Strike Is Deadly” i „Over the Wall” z debiutanckiej płyty zespołu.
Kapitalny zestaw wykonawców, świetnie przygotowana sztuka, erupcja energii ze sceny w trzech smakach heavymetalowej kuchni z najostrzejszym, legendarnym Testamentem jako daniem głównym. Ludzkość opuszczała klub w doskonałych nastrojach, a słyszałem, że dżentelmeni i damy w pełnej palecie wieku „od przedszkola do seniora”, przyodziani w stosowne koszulki z nazwami ulubionych kapel już umawiali się na 2 kwietnia 2027 w krakowskiej Tauron Arenie – Testament powróci do nas szybciej, niż się nam wydaje, tym razem grając u boku Megadeth i Black Label Society. Obecność obowiązkowa!
Tekst, zdjęcia Sobiesław Pawlikowski









































































