Prince był absolutnym fenomenem nie tylko jako wokalista i gitarzysta, ale też jako perkusista z wewnętrznym zegarem, którego nie powstydziłby się najlepszy metronom. O swoich doświadczeniach z legendą opowiedział ostatnio inżynier dźwięku David Leonard, współodpowiedzialny za brzmienie płyt „Purple Rain” oraz „Around The World In A Day”.
W rozmowie opublikowanej na kanale Inside Blackbird, Leonard wspomina, że nagrania Prince’a na bębnach przebiegały błyskawicznie – bez żmudnych prób i ustawień. Muzyk wpadał do studia, rzucał krótkie „mic the drums” i po dwóch uderzeniach w stopę, werbel i hi-hat zaczynał nagrywać. Bez klika, bez podkładów – tylko on i piosenka w głowie.
Prawdziwa magia wydarzyła się jednak w momencie, gdy Prince niespodziewanie przerwał grę na osiem taktów, zostawiając na taśmie pustą przestrzeń. Leonard był przekonany, że nagranie nadaje się do kosza – aż do chwili, gdy artysta wrócił – Prince wyczekał i idealnie wszedł w bit dokładnie w tym miejscu, gdzie skończyła się przerwa. Całość została zarejestrowana bez użycia metronomu, co wydaje się wręcz niewytłumaczalne.
Jeszcze bardziej zdumiewająca była jego precyzja podczas późniejszych edycji nagrań. Leonard wyjaśnia, że większość utworów Prince’a w oryginale miała po kilkanaście minut, a na płyty trafiały skrócone wersje. Prince z niezwykłą dokładnością instruował, gdzie dokonać cięć – czasem chodziło o ułamek sekundy.
On słyszał różnicę nawet wtedy, gdy udawałem, że zrobiłem kolejne cięcie, choć fizycznie nie dało się już niczego usunąć. Mówił: ‘to jest to samo’. Po prostu wiedział
Opowieści te tylko potwierdzają legendę Prince’a jako artysty o absolutnym słuchu i fenomenalnym wyczuciu rytmu. Jego talent, kreatywność i perfekcjonizm sprawiały, że w epoce analogowych taśm potrafił dokonywać niemożliwego – i osiągać rezultaty, które dziś, w świecie cyfrowym, nadal brzmią porywająco.








