W położonej tuż za naszą granicą czeskiej Ostrawie po raz kolejny odbył się festiwal Colours Of Ostrava. Bliskość do naszego kraju powoduje, że na terenie nieczynnego kombinatu metalurgicznego w Dolnych Vitkovicach, gdzie odbywa się impreza, słychać często język polski. To czterodniowe święto muzyki jest jednym z najprzyjemniejszych festiwali w Europie, więc sporo naszych rodaków przybywa tam w drugiej połowie lipca. Nasza redakcja również po raz kolejny miała okazję korzystać z uprzejmości organizatorów i uczestniczyć w festiwalu jako jeden z patronów medialnych.
Co prawda nie jest to stricte rockowa, „gitarowa” impreza, sporo na niej alternatywnego rocka, nowoczesnej muzyki elektronicznej, tanecznej. No ale jeśli pominiemy elektronikę, nawet najciekawsze występy artystów korzystających na scenie z komputerów, stołów mikserskich i sekwencerów, to przecież i taneczny alt pop tworzy się na gitarach, a często i muzyka wymyślana i produkowana czysto elektronicznie jest bardzo ciekawa. Choć w naszej relacji foto oczywiście skupiamy się na wykonawcach, którzy jednak korzystają na co dzień z gitar i basów, to nadmienię tylko że bardzo podobał mi się występ ukraińskiego Carpetmana (na co dzień związanego z Kalush Orchestrą, która owacyjnie przyjeta została na głównej festiwalowej scenie) i słowackiej didżejki i projektantki mody ukrywającej się pod pseudonimem SJU. Bardzo ciekawy był również występ Aurusa, znanego ze współpracy między innymi z Richardem Boną.
Ciężko w lapidarnej formie zaprezentować relację z czterodniowego maratonu dobrych dźwięków kiedy na festiwalowym terenie rozmieszczonych jest kilka scen i występuje na nich łącznie ponad stu artystów i zespołów. Wspomnimy tu zdawkowo o większości koncertów mniej znanych polskim słuchaczom artystów, jeśli ktoś jest ciekaw nowej muzyki, social media i serwisy streamingowe przyjdą z pomocą.
Dla fanów rocka wykonywanego na „prawdziwych instrumentach” najważniejsze były na pewno trzy koncerty na głównej scenie w Ostrawie.
Przede wszystkim nieśmiertelny dinozaur i ojciec chrzestny punka Iggy Pop. Ten śpiewak nic sobie nie robi z upływającego czasu i śmiało eksponuje swoją cielesność występując jak zwykle bez koszuli. Co prawda ma już problemy z poruszaniem się, więc ciężko o skoki w publikę i włażenie na zestawy głośników, ale obowiązkowe tarzanie się po scenie było. Dla wszystkich fanów rocka to godzinne spotkanie z żywą legendą muzyki będzie na pewno niezapomnianym wrażeniem.
Drugi headliner to Sting, który wystąpił w trio z Dominikiem Millerem i doskonałym bębniarzem Chrisem Maasem. Wielbię tego artystę od jakichś 35 lat i miałem szczęście oglądać go wiele razy łącznie z koncertem pożegnalnym POLICE u nas na Stadionie Śląskim. W tej odsłonie Sting trochę wraca do tej formuły, otrzymujemy to, co wcześni „Stingomaniacy i Polcefani” lubią najbardziej. Czyli surowe, rockowe wykonania najbardziej znanych hitów bez chórów, klawiatur i saksofonów. Oczywiście Dominik Miller nie kopiuje partii Summersa i podchodzi do materiału po swojemu, a mnie to podejście bardzo się podoba. Znakomity przedsmak tego, co panowie przywiozą do Polski jesienią.
No i trzeci duży koncert to kolejni weterani – tym razem zespół SNOW PATROL. rupa działa już ponad 30 lat, ale to był pierwszy ich koncert u naszych południowych sąsiadów. Frontman zespołu Gary Lightbody momentalnie „kupił” publikę swoją naturalnością i szczerym uśmiechem, a kolejnym piosenkom towarzyszyły piękne wizualizacje. Jeśli dobrze widziałem koncerty był przez zespół rejestrowany, więc niewykluczone, że za jakiś czas będziemy mogli wrócić wspomnieniami pod Ceską Sporitelną Stage. Ważnym i wartym odnotowania momentem był tez koncert muzyki filmowej Jung Jaeila z orkiestrą filharmonii ostrawskiej. Ten kompozytor muzyki między innymi do serialu „Squid game” oczarował dosłownie publiczność. Kilkudziesięciotysięczny tłum słuchający symfonicznego grania w przerwie pomiedzy koncertami z „mocnym bitem” – takie rzeczy tylko w Ostrawie.
Tyle o najjaśniejszych z punktu czytelnika Top Guitar gwiazdach, przebiegnijmy przez mniejsze sceny zwracając uwagę na przyjazne naszym uszom dźwięki. Na Orlen Drive Stage świetni wykonawcy z Tajwanu – trio Outlet Drift z piękną śpiewającą basistką oraz równie urocza Chih-Chih akompaniująca sobie całkiem skutecznie na gitarze akustycznej. Na tej samej scenie bardzo ciekawy występ dał kolorowy zespół Benin International Musical. Kapitalna energia w wykonaniu Brytyjki Jojo Orme występującej w duecie z bębniarzem jako HEARTWORMS. Mało u nas znane zespoły z Czech i Słowacji często potrafią wzbudzić zainteresowanie – tu wymienić należy alt popowy Island Mint, nie trzymające się jednej stylistyki Vazky z interesującą frontmanką, sympatyczne Getaway z bardzo fajną wokalistką. Solidne rockowe łojenie podbarwione dynamiczną elektroniką zaprezentowali panowie z Jaykey. Jednym z tegorocznych odkryć, do których będziemy wracać jest kwintet Chief Bromden, który zagrał na alternatywnej Full Moon Stage. Bardzo dobrze zaprezentowali się wschodzący gwiazdorzy festiwali, jak ich ochrzciliśmy obserwując reakcję publiki na ich występy – Amerykanin Mark Ambor oraz Matt-Felix z Wielkiej Brytanii. Sporą grupę swoich rodaków przyciągnął pod scenę indierockowy Koreańczyk Lee Seung Yoon. Wracając jeszcze do reprezentantów gospodarzy oraz Słowaków – bardzo fajne punk popowe trio ZND, nieźle łomocący MIDNIGHT z Nowego Jicina, a na wspomnianej Full Moon Stage znakomicie skopał nam siedzenia Viktor Ori. Ważne były dla Czechów jeszcze dwa koncerty – legendarnej formacji Bez Ladu A Skladu oraz funkującej orkiestry J.A.R., gdzie na siłę można by znajdywać jakieś odniesienia do naszych Poluzjantów. Odnotować też należy występy Polaków – w tym roku zagrali tam Zamilska i RAT KRU i olsztyńska kapela How We Met.
No a do tego oczywiście wiele całkiem niezłych koncertów z dźwiękami „elektrotanecznymi” i folkowymi – choćby rozkoszne argentyńskie trio Toch czy „one man show” w wykonaniu Porangui na drugiej co do wielkości scenie. No i to co w Ostrawie najważniejsze – świetna, pozytywna atmosfera, luz, setki stoisk gastro z dobrym jedzeniem no i oczywiście mnogość stoisk z narodowym płynem braci Czechów, który nie dość, że był pyszny i uczciwie polewany, to kosztował o wiele taniej niż podobny napój na podobnych festiwalach w Polsce. Dziesiątki tysięcy uśmiechniętych ludzi, dbałość o słuchaczy z niepełnosprawnościami, darmowe wejściówki na imprezę dla seniorów z Ostravy, ogólnie panująca pozytywna, wyluzowana atmosfera, setki wielopokoleniowych rodzin z małymi dziećmi… Wszystko to powoduje, że kolejna nasza Ostrava pozostanie na długo w pamięci i już zaznaczamy w kalendarzu datę Colours Of Ostrava 2026. Co też polecamy naszym czytelnikom, zwłaszcza, że przedsprzedaż biletów zaczęła się praktycznie na drugi dzień po zakończeniu tegorocznej edycji.
A więc – do zobaczenia za rok pod scenami tego świetnego czeskiego festiwalu!
Tekst i zdjęcia: Ada i Sobiesław Pawlikowscy
Zdjęcia Stinga: Michal Augustini / Colours Of Ostrava
Zdjęcia Iggy Popa: Eugene Zhyvchik, Filip Kustka / Colours Of Ostrava










































































