Trudno w to uwierzyć ale za miesiąc minie pół wieku od premiery „Bohemian Rhapsody” – utworu, który nie tylko odmienił karierę Queen, ale stał się kamieniem mlowym w historii muzyki. To sześć minut muzycznej szarży, w której gitarowe solo Briana Maya okazało się być równie ponadczasowe co wokalne fajerwerki Freddiego Mercury’ego. Ale im bliżej jubileuszu, tym mocniej wraca pytanie: o czym właściwie jest ta piosenka i co stanowi o jej fenomenie?
Freddie Mercury do końca życia milczał na temat znaczenia „Bohemian Rhapsody”. Z jednej strony pojawiały się sugestie, że to zakamuflowana opowieść o jego seksualności i odrzuceniu „starego” Freddiego. Z drugiej – niektórzy widzieli w niej echo dzieciństwa na Zanzibarze, w cieniu religijnej tradycji Zoroastrianizmu. Sam artysta żartował, że to „radosny nonsens rymowany”, ale każdy, kto znał Mercury’ego, wiedział, że pod maską lekkoducha kryły się poważne rozterki.
Brian May po latach przyznał:
Freddie był osobą bardzo złożoną: z jednej strony żartobliwą i dowcipną, ale pod tym wszystkim skrywał niepewności i problemy, wynikające z próby pogodzenia swojej teraźniejszości z dzieciństwem. Nigdy nie wyjaśnił tekstu, ale sądzę, że dużo samego siebie w nim zawarł
Od strony technicznej „Bohemian Rhapsody” było czymś nieprawdopodobnym jak na 1975 rok. Operowe partie wokalne wymagały blisko 180 ścieżek nagraniowych, nakładanych do momentu, w którym taśma dosłownie robiła się przezroczysta. Freddie wracał do studia z okrzykiem: „Mam jeszcze kilka Galileuszy, darling!”, a producent Roy Thomas Baker drżał, czy magnetofony to wytrzymają.
A potem – nagle kontrast – gitara Briana Maya. Jego solo przed częścią operową zostało nagrane na jednej ścieżce, bez żadnych dogrywek. Proste, śpiewne, a zarazem całkowicie kontrapunktujące wokalne szaleństwo.
May mówił później:
Nie chciałem powtarzać melodii – chciałem stworzyć dla niej odpowiedź. Wymyśliłem ją w głowie, zanim dotknąłem strun
Queen nie zamierzali udawać na playbacku w „Top Of The Pops”, dlatego nagrali klip. Trzy godziny pracy, koszt 3500 funtów, kilka efektów z pryzmatem i kamerą skierowaną na monitor – tak powstało pierwsze w historii muzyki wideo, w którym „obrazek” stał się równie ikoniczny jak wykonanie. To właśnie ta wizualna ikona, z twarzami muzyków w półmroku, pomogła utrzymać utwór na szczycie list przez dziewięć tygodni.
„Bohemian Rhapsody” to nie jest utwór gitarowy w klasycznym sensie – brak tu riffu przewodniego, nie ma też motorycznej sekcji w stylu „Tie Your Mother Down”. Ale to właśnie gitara Maya nadaje całości dramaturgię. Brzmienie Red Special, wplecione między operę a hard rock (i spajające je) sprawiło, że piosenka nie ugrzęzła w wodewilowym repertuarze, lecz stała się rockowym arcydziełem.
Piosenka przeżywała kolejne odrodzenia – w 1992 roku dzięki filmowi „Wayne’s World”, później w oscarowym „Bohemian Rhapsody”. A w 2025 roku wydarzył się epilog, którego nikt się nie spodziewał: 22-letni Benson Boone wykonał ten utwór na Coachelli z chórem i 77-letnim Brianem Mayem, który po przebytym udarze znów wyczarował swoje legendarne solo. Publiczność – w większości niepamiętająca nawet lat 80. – eksplodowała z zachwytu.
Może dlatego, że „Bohemian Rhapsody” to czysta wolność – ani ballada, ani opera, ani heavy metal, a jednocześnie wszystko naraz – można powiedzieć, wzór stylu crossover. Może dlatego, że każdy gitarzysta marzy o takim momencie jak solówka Maya – jednym, ale wystarczającym, by przejść do historii. A może dlatego, że – jak powiedział Roger Taylor – „to uniwersalna tragedia, która w końcu staje się filozoficzną refleksją.”
Jedno jest pewne: 50 lat później wciąż nucimy „Mama, just killed a man…”, a potem czekamy na moment, w którym wchodzi przesterowana gitara Maya i rozcina ciszę niczym błyskawica.


