Jeszcze niedawno była objawieniem gitarowego internetu – dzisiaj próbuje przeciąć pępowinę z „socjalami”, czyli w zasadzie z tym, co wyniosło ją na szczyt. Grace Bowers, jedna z najgłośniejszych młodych twarzy współczesnej sceny gitarowej, zaczyna otwarcie mówić o tym, co jej w tym modelu promocyjnym przestaje odpowiadać – nie owija w bawełnę i podejmuje radykalne kroki.
Tempo kariery Grace Bowers było imponujące: występ u Jimmy’ego Kimmela, własne wydawnictwa, covery takich klasyków jak „Lenny” i „Scuttle Buttin” Stevie Ray Vaughan czy „Going to California” Led Zeppelin. Do tego występ na Grammy u boku Chrisa Martina, uznanie od Nancy Wilson i spotkanie z idolem – Slashem.
Krótko mówiąc: klasyczna historia gitarowego „prodigy” w erze social mediów. Tyle że właśnie ten kontekst zaczyna ją uwierać.
W niedawnym wpisie na YouTube Grace Bowers jasno dała do zrozumienia, że nie czuje się dobrze z tym, jak wygląda jej obecność w sieci i jaka publiczność się wokół niej zebrała:
Żegnaj YouTube. Czuję się głęboko niekomfortowo przez ilość starszych facetów tutaj. Nie interesuje mnie już granie bluesa ani czegokolwiek, co, do cholery, przyciąga was wszystkich. Skończyłam
Poszła jeszcze dalej:
Za dużo starych, obleśnych typów. Do tych, którzy byli mili – przepraszam, że inni to popsuli, doceniam was. Teraz robię muzykę dla mojego pokolenia, przestańcie porównywać mnie do martwych ludzi z przeszłości
Bowers już wcześniej dystansowała się od łatki „młodej blueswoman”, którą bardzo szybko jej przypięto. Z jednej strony to zrozumiałe, bo sięgała po repertuar takich ikon jak Stevie Ray Vaughan. Z drugiej – to właśnie ten repertuar przyciągnął konkretną, często dużo starszą publiczność.
Jasno postawiła granicę. Pytanie tylko, czy uda się ją utrzymać, jednocześnie nie odcinając się od publiczności, która pomogła jej zbudować pozycję.












