Fabryka przy Fender Avenue w kalifornijskim Fullerton zamilkła. Po 46 latach działalności G&L Guitars – ostatnia firma założona przez Leo Fendera – przestała istnieć. Maszyny sprzedane, biura puste, a w kontenerze za budynkiem znaleziono oryginalne meble z laboratorium samego Leo. Widok, który dla tysięcy gitarzystów na całym świecie był jak uderzenie w serce: koniec ostatniego rozdziału historii człowieka, który wynalazł nowoczesną gitarę.
G&L zgasło po cichu, bez oświadczeń, konferencji i pożegnań. Od połowy września 2025 roku produkcja w Fullerton została wstrzymana, a BBE Sound – właściciel marki – rozwiązany. Plotki o przejęciu przez Fendera okazały się tylko częściowo prawdziwe: Fender wykupił prawa do nazw i znaków towarowych, nie zaś samej fabryki. W praktyce – G&L zniknęło z mapy.
Co ciekawe, jeszcze kilka lat temu, w czasie pandemicznego boomu, firma nie nadążała z realizacją zamówień. Potem przyszło załamanie rynku. G&L zaczęło produkować gitary „na magazyn”, finansować się faktoringiem i ścinać koszty – od twardych futerałów po kampanie marketingowe. W 2024 roku, gdy większość zamówień realizowano już błyskawicznie, było jasne: to nie wydajność, to brak zamówień.
Latem 2025 roku firma została odcięta od FedExa za niezapłacone rachunki, a jesienią – zupełna cisza. Gdy w internecie pojawiło się zdjęcie szafy z laboratorium Leo Fendera porzuconej na śmietniku, gitarowy świat podejrzewał, że to już koniec.
G&L było czymś więcej niż marką. Dla wielu muzyków – od Jerry’ego Cantrella po Toma Hamiltona – była to ideał gitary, jaką Leo Fender naprawdę chciał stworzyć, już bez ograniczeń korporacji. Nie miała siły globalnego Fendera ani wizerunku boutique’owych marek, ale oferowała jakość i „grywalność”, której nie da się skopiować.
Leo Fender powiedział kiedyś:
Gitary i basy G&L to najlepsze instrumenty, jakie kiedykolwiek stworzyłem



