Larry Carlton to synonim klasy – mistrz Gibsona ES-335, jeden z najbardziej rozchwytywanych muzyków sesyjnych w historii, człowiek, który nagrywał z Joni Mitchell, Steely Dan czy The Four Tops. Ale był moment, kiedy sam był „tym nowym” – i musiał udowodnić swoją wartość w ekstremalnych warunkach. Opowiada o tym w najnowszym wywiadzie dla kanału Vertex Effects.
Jedną z pierwszych poważnych prób był telefon od Quincy’ego Jonesa – zaproszenie na sesję nagraniową do muzyki programu „Fat Albert”. Dla młodego gitarzysty to był duży moment, ale też szybka lekcja pokory.
Larry Carlton opowiada we wspomnianej rozmowie:
To była muzyka do programu Billa Cosby’ego ‘Fat Albert’. A ja byłem po prostu nowy, chyba dziewiąty na liście, młody gość. Dostałem telefon na sesję do Quincy’ego Jonesa. Poszedłem i byłem tam na drugiej sesji – najwyraźniej Dennis Budimir albo ktoś inny nie mógł przyjść, więc wzięli dzieciaka!
Na miejscu wszystko wyglądało profesjonalnie i przewidywalnie – nuty, orkiestra, Quincy dyrygujący całością:
Wchodzę do studia, rozkładam sprzęt, wyciągam nuty, a tam trąbki, saksofony, flety. Zagraliśmy pierwszy fragment. Wszystko było zapisane, Quincy wskazywał momenty, więc po prostu to zagrałem. I wtedy przyszła lekcja dla młodego gościa. Quincy mówi: ‘Dobra, teraz przeorkiestrujemy ten sam fragment. Gitara bierze partię fletu, flet bierze partię… I nagle gram coś zupełnie innego niż miałem. To było onieśmielające. Zagrałem, ale byłem zdenerwowany
Dla gitarzysty to musiał być trudny moment, wyobraźcie sobie dzisiaj taką sytuację – w „czasie rzeczywistym” przekładacie frazowanie instrumentów dętych na gryf… Ta sytuacja dobrze pokazuje, czym naprawdę jest praca muzyka sesyjnego – nie tylko technika, ale gotowość na wszystko, często bez przygotowania, ale z ogromnym zapasem gitarowej praktyki.
Kilka lat później Carlton wrócił do współpracy z Jonesem – już jako uznany „first call player”. Tym razem chodziło o utwór, który przeszedł do historii: „She’s Out of My Life” z albumu „Off the Wall” autorstwa Michael Jackson.
Pracowali blisko z Quincym, mieli już pianino Gregga Phillinganesa i wokal Michaela, i wtedy dostałem telefon od Toma. Przychodzę na sesję, puszczają mi numer, mam rozpiskę akordów, więc po prostu zacząłem grać… dorzucać voicingi nad melodią.
Pierwsze podejście było obiecujące, ale… nie do końca działało w miksie:
Zagrałem jedno podejście, a Quincy spojrzał na Bruce’a Swediena i zapytał: ‘Nadaje się do użycia?’ Bruce powiedział: ‘Jest za nisko. To normalny proces – coś im dajesz, a oni mówią: ‘Może spróbuj wyżej.’ Więc zacząłem kombinować i wtedy wpadłem na pomysł z harmonicznymi. I to zadziałało
Choć jego partia w finalnym miksie nie jest dominująca, Carlton do dziś jest z niej dumny:
Może niewiele mnie tam słychać, ale z tych momentów, które są, jestem naprawdę dumny
I to chyba najlepsze podsumowanie jego podejścia – nie chodzi o ilość nut ani „czas antenowy”, tylko o to, żeby zagrać dokładnie to, czego potrzebuje… utwór.
zdjęcie główne: klatka pochodzi z klipu „What It Was Like Recording Guitar on Michael Jackson’s Biggest Ballad” dostępnego na kanale Vertex Effects w serwisie YouTube (https://youtu.be/06PibL1UWRs)











