Pierwsza solowa aktywność od 2020 roku, zero social mediów, zakaz telefonów i nowe utwory. Phoebe Bridgers urządziła swój comeback tak, jakby chciała, żeby świat się o nim nie dowiedział — i oczywiście świat dowiedział się natychmiast.
Phoebe Bridgers zniknęła ze sceny po trasie z Boygenius w 2023 roku i przez prawie dwa lata nie dawała żadnych znaków życia. Żadnych postów, żadnych wywiadów, żadnych przecieków. Kiedy więc w miniony weekend pojawiły się plakaty — nie na jej profilach, lecz rozklejone przez fanów w dniu koncertu — informujące o dwóch małych show w Roswell w Nowym Meksyku i w Lubbock w Teksasie, wejście na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”, było jasne, że dzieje się coś wyjątkowego.
Na obu wieczorach obowiązywał całkowity zakaz używania telefonów i robienia jakichkolwiek notatek. Bridgers ani jej zespół nie opublikowali nic na własnych kanałach. A mimo to wieść rozeszła się błyskawicznie.
Setlista obejmowała klasyki z jej dotychczasowego dorobku — „Moon Song”, „Scott Street”, „Graceland Too” — ale to nie one były sednem wieczoru. Bridgers zaprezentowała cztery nowe piosenki, które prawdopodobnie pochodzą z nadchodzącego albumu. Ze względu na zakaz telefonów ich tytuły pozostają nieznane — choć setlista wrzucona anonimowo do sieci po teksańskim show z 9 maja sugeruje, że jeden z utworów mógł nosić tytuł „The Lost Boys”.
Ostatni solowy album artystki, „Punisher”, ukazał się w 2020 roku i przyniósł jej szerokie uznanie dzięki takim utworom jak „Kyoto” czy „I Know The End”. Że coś się szykuje, nieświadomie zdradziła jej własna matka — w styczniu Jamie Gandola Bridgers udostępniła na Instagramie story Rolling Stone’a, w którym fan przewidywał wydanie nowej muzyki w tym roku. Nieoficjalne potwierdzenie, ale wystarczyło, żeby fani zaczęli liczyć dni.
Spekulacje wskazują, że przed oficjalną premierą nowego materiału Bridgers może zagrać więcej podobnych intymnych show — cicho, bez rozgłosu, dla tych, którzy akurat są w odpowiednim miejscu o odpowiedniej godzinie.


