Legendarny gitarzysta Steve Stevens, znany przede wszystkim z wieloletniej współpracy z Billym Idolem, podzielił się swoimi przemyśleniami na temat brzmienia gitary w studiu i wpływu Eddie’ego Van Halena na całe pokolenie muzyków z Los Angeles.
W rozmowie z Guitar World Steve Stevens zdradził, dlaczego jego zdaniem najważniejsza lekcja, jaką wyniósł z kariery, brzmi zaskakująco prosto: im czystszy dźwięk, tym lepiej zabrzmi w nagraniu.
Zanim Stevens stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci amerykańskiej sceny rockowej, spędzał długie godziny grając covery w klubach na Long Island. To właśnie tam, jak wspomina, uczył się prawdziwego rzemiosła:
Graliśmy po trzy sety każdej nocy, cztery dni w tygodniu. Musiałem rozpracować partie z płyt Led Zeppelin, Yes, The Beatles, Jethro Tull – wszystkiego. To nauczyło mnie, jak budować aranżacje gitarowe tak, by całość brzmiała mocniej niż pojedyncze partie
Ta filozofia, jak przyznaje, stała się fundamentem jego podejścia do kompozycji – w tym do klasycznego już albumu ‘Rebel Yell’. W kolejnych latach Stevens zdobył międzynarodowe uznanie, m.in. za nagrodzony Grammy „Top Gun Anthem”, a jego pirotechniczne solówki w utworze „Dirty Diana” Michaela Jacksona przypominały fanom o duchowej więzi z Van Halenem — artystą, z którym często był porównywany.
Choć wielu gitarzystów kojarzy moc z przesterem, Stevens uważa, że to właśnie czyste brzmienie najlepiej sprawdza się na płytach:
Im czystszy dźwięk gitary podczas nagrania, tym lepiej będzie brzmieć. Wszyscy myślą, że Led Zeppelin byli tacy ciężcy, ale jeśli posłuchasz uważnie, Jimmy Page gra bardzo czysto. Brzmienia są małe, ale przez to wszystko jest klarowne i… potężne
Wspomniał też o innych idolach, którzy nauczyli go, jak aranżować partie gitarowe w sposób przemyślany i muzycznie dojrzały:
Steve Howe z Yes był dla mnie ogromną inspiracją. Nie gram jak on, ale sposób, w jaki łączył różne style i budował warstwy gitar, zrobił na mnie ogromne wrażenie
Dziś, po czterech dekadach kariery, Steve Stevens pozostaje wierny swojej zasadzie: mniej przesteru, więcej muzyki. To podejście, które uczyniło go jednym z najbardziej rozpoznawalnych gitarzystów swojego pokolenia – artystą, który potrafił połączyć rockową energię z klarownością i elegancją dźwięku.
Najlepszy riff to ten, który zostawia przestrzeń dla reszty zespołu. To właśnie wtedy muzyka naprawdę oddycha


