Są gitary, które rozwijają klasyczne pomysły. Są takie, które je reinterpretują. I jest Gittler Classic – instrument, który właściwie kwestionuje, czym gitara w ogóle jest. Bez drewna, bez korpusu, bez główki, „bez niczego”, jak by to ujął pan Kononowicz.
Na pierwszy rzut oka wygląda bardziej jak eksperymentalny projekt przemysłowy niż coś, co miałoby trafić na scenę obok Fendera Stratocastera czy Gibsona Les Paula. Ale dokładnie o to chodziło jego twórcy – maksymalne uproszczenie konstrukcji. Nie ulepszanie gitary, tylko sprowadzenie jej do absolutnego minimum. Instrumentalny dekonstruktywizm.
Glitter Classic zbudowany jest w całości z tytanu klasy lotniczej 6AL-4V. Zero drewna. Zero klasycznego korpusu. Zero główki. Zamiast podstrunnicy mamy 31 cylindrycznych progów osadzonych bezpośrednio na metalowym rdzeniu. Całość ma nieco ponad 30 cali długości i około 5 cm szerokości. Waga? Mniejsza niż sam gryf Les Paula.


Za tym projektem stoi Allan Gittler – klasycznie wykształcony gitarzysta flamenco, który w latach 70. zadał pytanie, którego nikt wcześniej nie traktował poważnie: co tak naprawdę jest niezbędne, żeby gitara elektryczna działała?
Nie chodziło o tradycję ani oczekiwania muzyków. Tylko o czystą funkcjonalność. Gittler ręcznie zbudował około 60 egzemplarzy swoich „fishbone” modeli na przełomie lat 70. i 80., opatentował projekt w 1976 roku (patent przyznano w 1978 – jeszcze przed erą headlessów Ned Steinbergera), a jego instrument pojawił się nawet w rękach Andy Summers w klipie do „Synchronicity II” The Police. Egzemplarze trafiły też do muzeów jak MoMA czy Museum of Fine Arts w Bostonie.
Potem historia trochę przycichła – Gittler wyemigrował do Izraela, zmienił nazwisko na Avraham Bar Rashi i projekt zniknął z radarów. Dopiero po jego śmierci w 2002 roku temat wrócił, gdy jego syn Yonatan wraz z Gittler Instruments wskrzesił konstrukcję w formie modelu Classic.
Sam instrument to kompletnie inne doświadczenie. Każda struna ma własny przetwornik, a sygnał trafia do aktywnej elektroniki umieszczonej w niewielkim module z tyłu. Do dyspozycji mamy standardowe wyjście jack, ale też 13-pinowe wyjście heksafoniczne kompatybilne z systemami MIDI (np. Roland) – co ma sens, skoro każda struna działa tu jako osobny kanał.
Do tego dochodzą detale rodem z sci-fi: markery progów podświetlane diodami LED, zasilane przez wewnętrzny kanał biegnący przez „kręgosłup” instrumentu. Na ciemnej scenie wygląda to bardziej jak rekwizyt z filmu niż klasyczna gitara.


Najbardziej odjechana funkcja? „Infinite Gliss”. Po przekroczeniu 31. progu możesz kontynuować slide aż do bloku stroików. Efekt: ponad cztery oktawy ciągłego, płynnego przesuwania wysokości dźwięku na jednej strunie. Tego nie ogarniesz na Stratocasterze.
Gra na Gittlerze wymaga jednak zmiany podejścia. Struny są bardzo blisko konstrukcji, więc prawa ręka musi pracować lekko i precyzyjnie. Lewa? Tu dopiero zaczyna się zabawa – zamiast klasycznej podstrunnicy dociskamy struny do metalowych pręcików. Bending i vibrato mają zatem zupełnie inny feeling, bliższy gitarom scalloped albo nawet sitarowi. Dla bardziej „tradycyjnych” gitarzystów dostępna jest opcjonalna akrylowa nakładka na tył, żeby łatwiej było złapać instrument.
Cena? 7495 dolarów. Czyli to nie jest gitara dla każdego, ale też nigdy nie miała być. To instrument dla tych nielicznych, którzy być może zechcą zrozumieć gitarę od podstaw – bez całego bagażu tradycji. I uspokajamy – to nie jest przyszłość gitary.












