W historii The Who nie brakowało zaskakujących momentów, ale jeden z nich szczególnie utkwił w pamięci gitarzysty Steve’a “Boltza” Boltona. Muzyk, który współpracował z takimi gigantami jak David Gilmour, Bob Dylan czy David Bowie, czy Atomic Rooster. W ostatnim wywiadzie dla Guitar Player opowiada, że otrzymał kiedyś telefon, który całkowicie odmienił jego karierę.
Steve “Boltz” Bolton nigdy nie był typem muzyka pierwszego planu, dlatego możecie czytać teraz o nim po raz pierwszy. Pomimo tego od dekad cieszy się ogromnym szacunkiem w branży, przede wszystkim za swój profesjonalizm i wszechstronność. Przez lata udzielał się jako muzyk sesyjny i koncertowy, budując swoją reputację jako gitarzysty „dla muzyków” – niezawodnego, kreatywnego i zawsze podnoszącego poziom całego zespołu.
We wspomnianym wywiadzie Steve “Boltz” Bolton powiedział:
Pewnego dnia, około 1988 roku, dzwoni do mnie telefon i słyszę głos: ‘Boltz, tu Pete Townshend!’ „Pomyślałem: ‘Tak, jasne’. A on na to: ‘Nie odkładaj słuchawki, mam do ciebie pytanie. Czy zagrasz na gitarze prowadzącej w The Who?’
W ten sposób rozpoczęła się nietypowa przygoda, w której Bolton miał zastąpić Townshenda na gitarze elektrycznej podczas trasy The Kids Are Alright Tour w 1989 roku. Z powodu pogłębiających się problemów ze słuchem legendarny gitarzysta The Who chciał skupić się na gitarze akustycznej, a dodatkowe obowiązki oddać innemu muzykowi.
Bolton, który zwrócił uwagę Townshenda jeszcze w latach 70., musiał w krótkim czasie opanować 200 utworów – w tym całą rock-operę „Tommy”. Do dziś wspomina także niecodzienny przebieg „przesłuchania”. Jak opowiada, kiedy Townshend otworzył futerał swojej gitary Gibson J-200, mostek odkleił się i wszystkie struny strzeliły z hukiem.
Powiedziałem wtedy: ‘Zobacz, ta gitara sama się rozbiła!’. A Pete odparł: ‘Masz tę robotę!’
Próby rozpoczęły się bez obecności Townshenda, jednak po kilku tygodniach Pete niespodziewanie wpadł, żeby zobaczyć, jak idą przygotowania. Ku jego rozczarowaniu, dźwięk był zdecydowanie zbyt głośny.
Pete wziął mnie na bok, do innego pomieszczenia i powiedział: ‘Nie możesz grać tak głośno. To jest za głośne!’ Mój technik gitarowy wykonał kilka telefonów do firmy w Manchesterze, która robiła te malutkie, pięciowatowe wzmacniacze. Ale używanie tak małego wzmacniacza było absurdalnym pomysłem, więc nic z tego nie wyszło. Zostawiliśmy temat, a ja grałem dalej na swoim 100-watowym combo Mesa/Boogie
W miarę jak próby postępowały, jego zestaw stawał się coraz większy, aż do docelowych rozmiarów, jakie miał mieć na stadionowych koncertach z The Who:
Do czasu pierwszej próby produkcyjnej w Ameryce używałem już czterech takich comb z dodatkowymi kolumnami. To wyglądało jak podwójny stack spięty razem, z identycznym zestawem w środku. To było, kurwa, głośniejsze niż wszystko, na czym kiedykolwiek w życiu grałem!
Bolton z rozbawieniem wspomina też moment z prób produkcyjnych, kiedy reputacja Townshenda jako gniewnego młodzieńca dała o sobie znać. W trakcie wykonywania fragmentu „Pinball Wizard” zapadła cisza – ani on, ani Townshend nie podjęli partii. Bolton wspomina:
Pete spojrzał na mnie, krzyknął: ‘Stop!’. Nagle rozwalił swoją Takamine na kawałki i podszedł prosto do mnie. Złapałem go za klapy i powiedziałem: ‘Słuchaj, grałem ten fragment, gdy cię nie było. Skoro teraz jesteś i masz gitarę, myślałem, że to ty zagrasz’. A on odpowiedział: ‘To mój pieprzony zespół. Mogę robić, co chcę!’
Mimo trudnych momentów Bolton uważa czas spędzony z The Who za jeden z najważniejszych w karierze. Do dziś pozostaje w przyjacielskich relacjach z Townshendem, którego określa jako „bardzo złożoną postać, co czyni go tym, kim jest”.









