Podczas trasy „Blizzard of Ozz” Lemmy Kilmister i Ozzy Osbourne naprawdę się zaprzyjaźnili. Był 1981 rok, a atmosfera za kulisami – jak wspominał później lider Motörhead – wymykała się spod kontroli.
Kiedy w 1981 roku Motörhead ruszył jako support na amerykańską trasę Ozzy Osbourne Blizzard of Ozz, kariera solowa Ozzy’ego dopiero nabierała rozpędu. Dla Lemmy’ego Kilmistera była to jednak nie tylko okazja do wspólnych koncertów – właśnie wtedy narodziła się jego wieloletnia przyjaźń z byłym wokalistą Black Sabbath.
Wspomnienia Lemmy’ego z tej trasy są dziś niemal równie barwne jak legenda muzyki, którą obaj tworzyli. W rozmowie z Metal Hammerem w 2010 roku muzyk bez ogródek opisywał atmosferę panującą wówczas na trasie.
Ozzy cały czas był pijany, kompletnie odjechany! Mieli tam klawiszowca, który nie był zbyt urodziwy, więc chowali go za kolumnami. Strasznie sobie z niego robili jaja. Pewnej nocy Ozzy wszedł do baru, podszedł do tego klawiszowca, nasikał mu na plecy i powiedział po prostu: »Hej, pada!«
Wszyscy byli kompletnie sponiewierani! Ekipa była nawalona, promotor był nawalony, publiczność była nawalona! To było jak armagedon!
Ozzy przeżywał jednak szczególnie trudny okres – dopiero rozpoczynał życie po Black Sabbath i jeszcze nie było pewne, czy dźwignie to wszystko sam.
„Zobaczyć Randy’ego Rhoadsa każdej nocy – to była gratka”
Z naszej perspektywy najciekawszym elementem wspomnień Lemmy’ego jest właśnie Randy Rhoads. Motörhead grał przed zespołem Ozzy’ego w okresie, gdy młody gitarzysta dopiero budował swoją legendę.
Lemmy wspominał później:
Ozzy rozpoczął tę trasę jako człowiek złamany, a skończył ją jako lepszy człowiek. A ja mogłem oglądać Randy’ego Rhoadsa każdej nocy, co było naprawdę czymś wyjątkowym
To ważny kontekst. Rhoads miał wówczas zaledwie 24 lata, ale już wyznaczał nowy kierunek dla heavy metalowej gitary – łącząc agresję z klasyczną harmonią, precyzją i rozbudowanymi partiami solowymi. Materiał z Blizzard of Ozz oraz późniejszego Diary of a Madman miał wkrótce stać się jednym z fundamentów nowoczesnego metalu.
Od rockandrollowej przyjaźni do wspólnych utworów
Relacja Lemmy’ego i Ozzy’ego przetrwała znacznie dłużej niż tamta szalona trasa. Muzycy spotykali się wielokrotnie, a Lemmy z czasem zaczął również pisać utwory dla Ozzy’ego.
Jednym z efektów tej współpracy był „I Don’t Want to Change the World” z albumu No More Tears z 1991 roku. Utwór zdobył później Grammy w kategorii Best Metal Performance.
Wszystkie te wielkie albumy powstawały, kiedy ich twórcy byli kompletnie sponiewierani przez narkotyki – czy nam się to podoba, czy nie. Można oczywiście mówić, że narkotyki są naprawdę złe, ale trzeba przyznać, że sprzyjały powstawaniu mnóstwa kreatywnej muzyki! Tyle że z Ozzym było inaczej – tę trasę zaczynał jako człowiek złamany, a skończył ją jako lepszy człowiek, rozumiesz?
Dziś, patrząc z perspektywy czasu, najbardziej niezwykłe jest chyba to, że z całego tego chaosu powstała muzyka, która przetrwała dekady. Lemmy i Ozzy należeli do pokolenia, które traktowało rock’n’roll jak styl życia – często zdecydowanie zbyt dosłownie. Lemmy, który zmarł w 2015 roku, miał świadomość znaczenia swojego przyjaciela dla historii ciężkiego rocka. O dziedzictwie Ozzy’ego mówił bez przesadnej dyplomacji:
Myślę, że będzie zapamiętany jako wielka gwiazda rocka, bo właśnie nią jest. Nie da się obliczyć wpływu, jaki Black Sabbath i Ozzy mieli na rock’n’roll. Jest ogromny


