Od pandemicznego projektu nagranego niemal spontanicznie do dopracowanego albumu pełnego gości, dęciaków i muzycznych niespodzianek – zespół Liver przeszedł w ostatnich latach sporą drogę. Rock, country, ballady, sekcja dęta i brak zgody na gatunkowe szufladki. Liver wraca z albumem „W Niepamięci”, który pokazuje zespół z zupełnie innej strony niż debiutancka EP-ka sprzed kilku lat. O dojrzewaniu materiału, rodzinnych relacjach w zespole, koncertach przed największymi gwiazdami polskiego rocka i gitarach, bez których nie wyobraża sobie grania, opowiada Szymon Grela.
„W Niepamięci” to już zupełnie inny Liver niż na debiutanckiej EP-ce „#1″. Tamta płyta powstawała w cztery dni i w trzy osoby, podczas pandemii, niemal spontanicznie. Teraz na płycie jest was więcej. Jak kształtował się ten nowy materiał i co świadomie zmieniliście w zespole?
Materiał powstawał praktycznie od wydania Ep-ki „#1”. W tym czasie 2 razy zmieniał się skład zespołu, finalnie wróciliśmy do formatu rockowego trio. Przez zmiany kadrowe mieliśmy czas na dopracowanie aranży, zmiany w instrumentach i tekstach. Większość pierwotnych tekstów była napisana w języku angielskim, co postanowiliśmy zmienić. Do nagrania krążka zaprosiliśmy sporo gości, m. in. Leszka Laskowskiego –pedal steel guitar, Krzysztofa Mroziaka – instrumenty klawiszowe, Mateusza Krupińskiego – instrumenty perkusyjne, Pawła Soję – chórki i pomoc przy aranżacji wokali, Roberta Winczowskiego – perkusja w trzech utworach, nagraliśmy też pełną sekcję dętą. Jestem zadowolony, że sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej – dlatego, że mieliśmy czas dokładnie wszystko przemyśleć i wdrożyć pomysły.
W poprzednim wywiadzie dla TopGuitar mówiłeś, że ojciec namówił cię do nagrania debiutu, kiedy chciałeś już odpuścić. Jak dziś wygląda Twoja motywacja do grania i do bycia w zespole? No i jaki jest podział ról w zespole — kto jest kierownikiem muzycznym i głosem decydującym?
To piękna sprawa grać w zespole razem z ojcem, który jest też twoim przyjacielem. Mamy dosyć specyficzne relacje – bardziej jak koledzy niż jak ojciec i syn.
Mirek dalej jest motorem napędowym zespołu, to on na co dzień motywuje nas do działania, ale basiści tak już chyba mają we krwi. W zespole ja odpowiadam za kompozycje i teksty, a razem zajmujemy się sprawami organizacyjnymi i finansowaniem.

Grać z ojcem na scenie to jedno, ale pisać z nim muzykę to drugie — jak to wygląda od środka? Zdarzają się spięcia artystyczne i jak je rozwiązujecie?
Tam, gdzie pracuje więcej niż jeden człowiek zawsze będą jakieś spięcia. Na szczęście my szybko z tego wychodzimy, potrafimy najbardziej zagorzałą kłótnię zamienić w żart w parę chwil. Przychodzi nam to bardzo naturalnie, znamy się na wylot.
„W Niepamięci” łączy „straight” rock z country, balladami i dęciakami — to brzmi jak muzyczna wolność, ale i ryzyko. Nie boisz się, że recenzenci powiedzą „brak tożsamości”? Jak ty sam definiujesz, czym jest Liver?
Jak na razie krążek zbiera bardzo dobre recenzje – recenzenci doceniają wszechstronność płyty i to, że z każdą piosenką słuchacz znajduje coś nowego, co w jakiś sposób może zaskakiwać i się nie nudzi. Zależało nam na tym, żeby to nie była płyta, gdzie przy 4 piosence wiesz już wszystko co będzie znajdowało się dalej. Od założenia zespołu chcieliśmy łączyć nasze inspiracje i nieszablonowy sposób. Czasem to przekleństwo, bo ciężko nas zaszufladkować, ale częściej wychodzi to na plus. Ja określiłbym Liver jako zespół rockowy.
Twoja główna gitara to Music Man Silhouette z ’93 z przetwornikami Shur V60. Czy to wciąż podstawa twojego brzmienia, czy przez te kilka lat coś nowego wskoczyło na szczyt? Co ostatnio kupiłeś i czy w ogóle jesteś typem kolekcjonera, czy raczej minimalisty?
Lubię minimalizm, ale dużo kolekcjonuje. W tym momencie podstawą brzmienia jest strat Tokai’a z lat 80 (założone przetworniki Texas Special), ale używam też Music Man’a, Gibsona Les Paul czy telecastera. Jeżeli chodzi o wzmacniacz to ostatnio stałem się szczęśliwym posiadaczem pieca Victoria Golden Melody. Do aktustycznego grania używam wzmacniacza AER, gitary Larrivee OM-03 i 12 strunowej gitary Guild.
Gracie przed dużymi gwiazdami — Myslovitz, TSA, Organek — ale sami wciąż jesteście zespołem, którego – przy całym szacunku dla Was – wielu ludzi w Polsce jeszcze nie zna. Jak wygląda wasza codzienna walka o słuchaczy i co w tym temacie działa najlepiej?
Zgadza się, cały czas walczymy o to żeby gdzieś zaistnieć. Mam wrażenie, że muzyka gitarowa stała się trochę niszowa, ale nadal ma swoich wiernych fanów i odbiorców. Mam nadzieję, że dotrzemy z naszą muzyką do szerszej publiczności, i że słuchaczom się ona spodoba.
Najlepiej działają koncerty – jest to coś pięknego jeżeli widzisz powracających fanów na kolejnym graniu. Właśnie po to robimy muzykę i gramy na żywo.
Social media — Instagram, TikTok, YouTube… Czy jako twórca rockowy czujesz, że algorytmy są przeciwko tobie? Mam wrażenie, że gitara elektryczna to zupełnie inny świat w socjalach niż pop czy hip-hop — jak ty to widzisz?
W pełni się zgadzam. Algorytm działa pod tego, kto go używa, zamyka nas trochę w „bańce” informacyjnej i czasem ciężko znaleźć coś ciekawego z dziedziny, której nigdy nie poruszaliśmy. Natomiast wynika to z naszych zainteresowań, wyszukiwań i lajków. Także podsumowując:
Muzyka gitarowa ma mniej odbiorców niż dawniej, ale w dalszym ciągu ma sporo wiernych i oddanych fanów

Czy kiedykolwiek kusiło cię, żeby wrzucić coś bardziej „klikalnego” — cover popularnej piosenki, prank, jakiś content niezwiązany z muzyką — tylko po to, żeby podbić zasięgi? Gdzie jest twoja granica?
Nie mam takiej granicy, ale nie jestem też zbyt mocny w kreowaniu viralowego content’u. Cały czas się uczę montowania rolek itp.
Pierwszy raz usłyszałeś Hendrixa jako 12-latek i szczęka ci opadła. Czy jest coś, co ostatnio zrobiło ci taką samą robotę — nowy artysta, płyta, live — coś, od czego znowu dostałeś tych dreszczy?
Może nie ostatnio, ale byłem na koncercie Red Hot Chili Peppers w Warszawie i to zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Świetny koncert, spełniłem marzenie żeby być na Red Hotach pod samą sceną, słuchając mojego ulubionego gitarzysty Johna Frusciante. Rok wcześniej byłem też w Budapeszcie na trybunie, ale dopiero pod sceną poczułem mega satysfakcję.
Dzięki za rozmowę!
Dzięki również.


