Tech 21 przez ponad 30 lat kojarzył się gitarzystom z jednym słowem: SansAmp. Analogowy charakter, prostota i brzmienie, które „działa” w każdych warunkach. Dlatego gdy marka zaczęła coraz wyraźniej wchodzić w rozwiązania cyfrowe, wielu fanów zadało proste pytanie: dlaczego dopiero teraz?
W rozmowie z Andrew Bartą – założycielem Tech 21 – pytam o to wprost. Wracamy do pierwszych cyfrowych eksperymentów jeszcze z lat 80., rozkładamy na czynniki jego sceptycyzm wobec cyfrowych przesterów, a potem przechodzimy do sedna: nowego SansAmpa sygnowanego przez Marty’ego Friedmana, filozofii „japońskiej prostoty”, IR-ów oraz podziału na tryby Performance i Studio.
To rozmowa nie tylko o sprzęcie, ale o tym, jak w 2025 roku myśli firma, która wciąż działa jak butikowy, rodzinny warsztat – i nadal chce robić rzeczy „po swojemu”.
Początki cyfrowej ścieżki Tech 21
Dariusz Domański: Tech 21 jest znany od ponad trzech dekad ze swojego analogowego DNA SansAmpa. Czy był taki konkretny moment, w którym zdałeś sobie sprawę, że przejście w sferę cyfrową nie jest już opcją, a koniecznością?
Andrew Barta: To nie do końca tak wyglądało. Od samego początku przyglądałem się technologii cyfrowej. Już w latach 80. interesowaliśmy się nią pod kątem efektów typu delay. Później zaczęliśmy stosować te rozwiązania w produktach takich jak Fly Rig – tam sekcja delaya była cyfrowa, ale zachowaliśmy analogową ścieżkę sygnału, by to w niej miksować dźwięk. Długo czułem, że „cyfra” wiąże się ze stratą jakości, zwłaszcza przy przesterach (distortion). Przester wymaga ogromnej mocy obliczeniowej. Sygnał cyfrowy to w gruncie rzeczy małe schodki; one stają się coraz drobniejsze, ale nigdy nie będą tak gładkie jak czysty analog. Przez lata patrzyliśmy na symulacje wzmacniaczy innych firm i po prostu nie brzmiały one dobrze.
Dziś jednak technologia zrobiła kolosalny postęp. Jakość jest znacznie wyższa. Poza tym cyfra daje możliwości, których analog nie oferuje – jak np. pogłos (reverb). Prawdziwy analogowy reverb to tak naprawdę Twój pokój albo kościół; nie da się tego zabrać ze sobą na koncert. Pogłos sprężynowy to coś zupełnie innego niż pogłos pomieszczenia. Technologia cyfrowa pozwoliła nam spróbkować realne przestrzenie i uzyskać brzmienie niemal identyczne z oryginałem. W tym przypadku nie mieliśmy wyboru – musieliśmy sięgnąć po cyfrowe rozwiązania.
Współpraca z Martym Friedmanem
Dariusz Domański: Porozmawiajmy o nowym SansAmpie sygnowanym przez Marty’ego Friedmana. Jaka była jego rola w tym projekcie?
Andrew Barta: Mój człowiek od relacji z artystami, Tom Rogers, przyjaźni się z Martym od ponad 10 lat. O wspólnym projekcie rozmawialiśmy już dawno temu. Marty to muzyk, który ceni prostotę. On nie chce niczego programować; chce po prostu stanąć na pedał, by dostać swoje brzmienie rytmiczne, czyste lub solowe. Bardzo podoba mi się ta filozofia. Marty mieszka w Japonii i ta japońska idea prostoty – odejmowanie elementów, aż dotrze się do samego rdzenia – bardzo mnie zainspirowała.
Wspólnie spędziliśmy mnóstwo czasu, aby dopracować jeden szczególny efekt: „mid-range booster”, czyli podbicie środka, którego Marty używa w bardzo niekonwencjonalny sposób. To był kluczowy element tego urządzenia.
IR-y: Wygoda vs. Realizm
Dariusz Domański: Wielu gitarzystów wciąż podchodzi z rezerwą do IR-ów (odpowiedzi impulsowych). Z Twojej perspektywy: kto najbardziej zyskuje na zewnętrznych IR-ach, a kto może spokojnie polegać na tych wbudowanych?
Andrew Barta: Jak wspomniałem, nie ma czegoś takiego jak idealna emulacja. Zawsze coś się traci. Pytanie brzmi: jak blisko oryginału jesteś w stanie podejść? Mikrofonowanie prawdziwego wzmacniacza to wciąż niedościgniony wzorzec. Jednak na koncercie wystarczy minimalne przesunięcie mikrofonu przed głośnikiem, by drastycznie zmienić brzmienie. IR-y dają powtarzalność i wygodę, co w warunkach live jest bezcenne. W profesjonalnym studio nadal polecałbym mikrofony i prawdziwe piece – gwiazdy pokroju AC/DC nigdy nie przejdą na IR-y. Ale dla zespołów klubowych czy średniej wielkości, które nie mogą sobie pozwolić na idealne warunki akustyczne na każdej scenie, technologia IR to świetne rozwiązanie.
Tryby Performance i Studio
Dariusz Domański: Urządzenie wyraźnie rozdziela tryby Performance i Studio. Czy to odzwierciedlenie tego, jak różnie gitarzyści myślą o pracy na scenie i w studio?
Andrew Barta: To znów wraca do filozofii Marty’ego – prostoty. On chciał tylko trzech brzmień. Wiedzieliśmy jednak, że wprowadzając produkt na rynek, klienci będą oczekiwać więcej slotów na własne presety, zwłaszcza w środowisku studyjnym. Dlatego oddzieliliśmy te dwa tryby. Performance jest dla ludzi, którzy chcą się skupić na grze, a nie na zarządzaniu 120 presetami.
Tech 21 w 2025 roku
Dariusz Domański: Gdy gitarzyści patrzą na markę Tech 21 dzisiaj, co jest tą jedną rzeczą, którą chciałbyś, aby zrozumieli, a co mogli przeoczyć w przeszłości?
Andrew Barta: Wiele osób myśli, że Tech 21 to wielka korporacja. Nie jesteśmy nią. Zacząłem tę firmę sam, jako muzyk, bo nie mogłem znaleźć sprzętu, którego potrzebowałem. Próbowałem sprzedać moją technologię gigantom branży, ale nie byli zainteresowani, więc byłem zmuszony zacząć na własną rękę. Nadal prowadzimy to jako mały, rodzinny biznes („mom and pop shop”). Zatrudniamy od 15 do 20 osób, a produkcja odbywa się w USA. Jesteśmy firmą butikową. Osobiście projektuję każde urządzenie i testujemy każdy egzemplarz, zanim opuści fabrykę. Chciałbym, aby ludzie postrzegali nas jako butikową markę, która dostarcza wysokiej jakości produkty w rozsądnej cenie.
Pytanie osobiste (poza konkursem)
Dariusz Domański: Na koniec pytanie osobiste: czy wciąż grasz w pokera?
Andrew Barta: (śmiech) Tak, kiedy tylko mogę! W zeszłym roku byłem na World Series of Poker. Kilka lat temu udało mi się skończyć w pierwszej setce. W zeszłym roku poszło gorzej, odpadłem pierwszego dnia, ale planuję wrócić w tym roku. Gram też w prywatnych klubach w mojej okolicy. Lubię to, bo to moja odskocznia. Tech 21, który kiedyś był moim hobby, stał się moją pracą, więc musiałem znaleźć sobie nowe hobby – padło na pokera i gotowanie. Nawet byłem kiedyś w telewizji ESPN przy finałowym stole z Erikiem Seidelem… który mnie ograł!
Dariusz Domański: Dziękuję bardzo za rozmowę i za podzielenie się tymi spostrzeżeniami. To była czysta przyjemność.
Andrew Barta: Dzięki również!


