Świat gitar od dekad balansuje między kultem tradycji a technologicznym postępem. Choć innowacje pojawiają się regularnie, rzadko mają charakter przełomowy – częściej są to drobne korekty niż rewolucyjne zmiany. Zdaniem Andy’ego Mooneya, odchodzącego CEO Fendera, to nie producenci, a sami gitarzyści w dużej mierze odpowiadają za ten stan rzeczy.
W rozmowie z CEO Guitar Center, Gabe’em Dalporto, w podcaście Inside the Noise, Mooney stwierdził wprost (spisane przez serwis guitar.com):
Artyści, generalnie po stronie gitar elektrycznych, byli niechętni do prawdziwego zaakceptowania innowacji
To mocna teza, ale trudno jej odmówić logiki. Gitary elektryczne są dziś ikonami popkultury, a ich klasyczne formy — Stratocaster, Telecaster czy Les Paul — funkcjonują niemal jak relikwie. Próby wyjścia poza ten schemat często kończą się rynkowym fiaskiem, nawet jeśli stoją za nimi duże marki.
Mooney przywołuje przykład współpracy Fendera z Rolandem:
Jedną z gitar w mojej kolekcji jest instrument, który stworzyliśmy we współpracy z Rolandem. Uważałem, że to bardzo interesująca gitara, ale nie znalazła swojej publiczności
Najlepszym dowodem zachowawczości gitarzystów pozostaje jednak Stratocaster — instrument, który od ponad 70 lat opiera się większym zmianom:
Stratocaster tak naprawdę nie zmienił się od 1954 rok. Jedyne rzeczy, które się zmieniły, to gryf, progi, przetworniki, ramię tremolo i sposób nakładania lakieru. Każda z tych zmian, nawet wysokość progów, jest odzwierciedleniem tego, czego domagali się artyści
Ciekawie robi się, gdy rozmowa zeszła na wzmacniacze. W tym segmencie gitarzyści wykazali się znacznie większą otwartością.
Po stronie wzmacniaczy jest dokładnie odwrotnie. Gitarzyści są dziś bardzo otwarci na cyfryzację. Gdy słyszysz, co potrafi cyfrowy wzmacniacz i cyfrowy tor sygnału, to jest to naprawdę niesamowite – w czasach Eddiego Van Halena woziło się 18 kolumn 4×12 albo dziewięć głów Teraz wszyscy zmierzają w stronę cichej sceny. Def Leppard przechodzą na całkowicie cichą scenę
Mooney nie ukrywa, że Fender nie był pionierem cyfrowych modelerów. Kluczowe okazało się jednak doświadczenie wyniesione z pracy w Disneyu i rozmów ze Steve’em Jobsem.
Jedną z rzeczy, których nauczyłem się od Steve’a, było to, że można być drugim — pod warunkiem, że zrobi się to lepiej
Ta filozofia przyświecała projektowi Tone Master Pro, w którym nacisk położono na prostotę obsługi.
Interfejs użytkownika musi być na tyle elegancki, żebyś nie potrzebował instrukcji obsługi. Wyciągasz urządzenie z pudełka i nie musisz mieć dyplomu z MIT, żeby zrozumieć, jak działa
Pytanie pozostaje otwarte: czy to producenci powinni mocniej naciskać na innowacje, czy może gitarzyści muszą w końcu pozwolić swoim kultowym instrumentom wyjść poza cień lat 50.? Jedno jest pewne — technologia jest gotowa. Teraz ruch należy do muzyków.



