Marka Warhead Amps powstała jako projekt nierozłącznie związany z legendarnym Dimebagiem Darrellem. Celem było zaprojektowanie wzmacniacza, który odda jego charakterystyczne, surowe metalowe brzmienie, szybki atak o lekką podcinkę w średnicy, co w praktyce skutkowało klarownością i brutalnością riffów Dime’a. Ta „labor of love” trwała dwa lata i odbywała się z udziałem technika Dimebaga, a także częściowo sprzętu używanego przez niego. Ale czy producentowi udało się umieścić w tej głowie prawdziwego ducha Dime’a, niczym gina w butelce? Sprawdzamy.
Na początek garść informacji ogólnych. Współczesny Warhead został opracowany przy udziale Rity Haney, partnerki Dimebaga Darrella, oraz Grady’ego Championa, jego wieloletniego technika gitarowego. Ich celem było oczywiście uchwycenie legendarnego brzmienia Dimebaga. W tym celu Rita i Grady nawiązali z kolei współpracę z Davidem Karonem, który ponad dwie dekady temu pracował z Dimebagiem w firmie Randall Amplifiers nad czymś, co można nazwać wzorem dla naszego wzmacniacza – Randall Warhead. W skrócie: to sprzęt z wyjątkową genealogią i znaczeniem dla jego fanów.
Randall Warhead
Ten pierwowzór powstał w drugiej połowie lat 90., jako rezultat współpracy legendarnego gitarzysty z firmą Randall. Była to odpowiedź na potrzebę agresywnego, szybkiego i klarownego brzmienia, które Dimebag uzyskiwał wcześniej z tranzystorowych modeli Randall RG100ES. Warhead także był konstrukcją solid-state o dużej mocy (ok. 300 W !), oferującą potężny headroom, błyskawiczną reakcję na atak i charakterystyczne „scooped mids” – podcięte pasmo środkowe typowe dla brzmienia Pantery. Wzmacniacz powstał w okresie szczytowej popularności zespołu i szybko zdobył status kultowego, stając się synonimem nowoczesnego brzmienia groove-metalu.

Po dwóch dekadach dzięki połączonej wiedzy i doświadczeniu Rity, Grady’ego, Antonina i Davida, został opracowany pierwszy testowy model, który był gruntownie ogrywany, między innymi podczas prób zespołu Pantera przed ich powrotem na scenę w 2024 roku. Ostatecznie powstało kilka wariantów headów i halfstacków, które przywołują legendę Dime’a. My dzisiaj przyglądamy się najnowszemu wcieleniu tych urządzeń.

Warhead Dime Bolt to hi-gainowa głowa gitarowa o mocy 40 W. Dobrze wygląda – jej design zapowiada wiele pozytywnych emocji na scenie. Format kompaktowy (mały i lekki head) czyni ją z kolei modelem bardziej „lunchboxowym” niż klasycznym dużym lampowym headem. Można powiedzieć, że z jednej strony to ściema, bo Dimabag i lunchbox jakoś ze sobą nie licują, z drugiej zaś strony wpisuję się to w ducha naszych czasów, w których gitarzyści potrzebują potężnego brzmienia z niewielkich i lekkich konstrukcji.Jednocześnie te konotacje z klasykami Randalla, czy wręcz z całymi rigami Dimebaga, czynią go wyjątkowym.
Podstawowa specyfikacja wygląda tak:
- Moc wyjściowa: 40 W przy 4 Ω.
- Impedancja głośnika: kompatybilna 4-16 Ω.
- Sterowanie: Gain, Bass, Middle, Treble, Presence, Master
- Pętla efektów (Send/Return)
- Zasilanie: 100-240 V
- Konstrukcja: tranzystorowa końcówka mocy
- Wymiary: ok. 300 × 170 × 160 mm
- Waga: uwaga, 2,9 kg

Co warto wiedzieć
Przejdźmy teraz do ciekawszych rzeczy, czyli co oryginalnego i wyróżniającego znajdziemy w tym headzie. Po pierwsze to nie tylko wzmacniacz dla zdeklarowanych metaluchów. Owszem, to model sygnowany przez ikonę gatunku, urządzenie o silnej symbolice i wyraźnym „wyznaczniku” brzmieniowym, ale można na nim ukręcić wiele spokojniejszych brzmień i odnaleźć się w wielu pokrewnych gatunkach.
Po drugie: kompaktowa konstrukcja 40 W solid-state, która w kontekście metalu jest rzadziej spotykany w tak bezpośrednim wydaniu — zwykle metalowi gitarzyści sięgają po głowy 50-100 W. Wersja 40 W jest bardziej mobilna, praktyczna, co czyni ją atrakcyjną dla próbowni, małych scen, czy też domowego studia.
Po trzecie: Projektanci deklarują użycie oryginalnego sprzętu Dimebaga i technologii Randall/Warhead jako punktu odniesienia — co pozwoliło uzyskać brzmienie inspirowane jego rzestawu (warto zwrócić uwagę na specyfikę scooped mid-high gain charakterystyczną dla brzmienia gitar w Panterze).
Po czwarte: Choć to nie nowość technologiczna per se (nie mamy mega liczby kanałów, modeli, itd.), to wydaje nam się, że nowością jest połączenie sygnatury, charakteru soundu Dimebaga i „kompaktowości” w jednym urządzeniu — co rzadko spotykane w sektorze „signature metal head”.
Obsługa
Obsługa Dime Bolt jest bardzo prosta i uosabia podejście „straight-to-the-point” połaczone z „plug and play”. Panel przedni zawiera tylko podstawowe i niezbędne regulatory Gain, Bass, Mid, Treble, Presence oraz Master Volume. Dzięki temu uzyskanie brzmienia-sztos nie wymaga zaawansowanej gałkologii. W praktyce: podłączamy gitarę (do testu użyliśmy ESP LTD XJ-1), ustawiamy Gain, korekcję i gramy — co jest ogromnym plusem dla gitarzystów, którzy chcą „od razu mieć brzmienie”. Mimo ograniczonej liczby funkcji, łatwo można osiągnąć agresywny metalowy sound, bo taki jest właśnie kod DNA tego heada. Dime Bolt celuje zatem w specyficzną niszę – prostota + wysokiej klasy metalowy ton.
A gdy włączymy power on, zaczyna się magia.

Brzmienie
To, co dla mnie robi największe wrażenie to natychmiastowa agresja, napięcie i klarowność w riffach. Gdy ustawimy Gain na umiarkowany poziom (gdzieś delikatnie poza połową skali) i korekcję otwartą (np. Bass 4-5, Mid 2-3, Treble 6, Presence 5), otrzymujemy bardzo typowy „Dimebag hawg” – czyli mocne, „szybkie” niskie częstotliwości (ale nie zamulone), podcięte średnice (jak sądzę typowe dla lat 90-tych metalowych rigów, z tzw. „scooped mids”), oraz wyraźna, mocna górka.
W opiniach internautów, najczęściej powtarzanymi określeniami charakteru brzmienia tej głowy, są „klarowność” i „szybki atak”, czyli reakcja na naszą artykulację. I to się zgadza – wzmacniacz w połączeniu a 12-calowym głośnikiem jest czujny jak ważka, ale przy nagłym ataku jakimś masywnym powerchordem, całość zbiera się niczym Koeningseg – szybciej się już nie da.
Osobny temat to potencjometr Presence, który owszem, jeszcze bardziej zaostrza nasze pazurki, ale jednocześnie dodaje trochę tego mitycznego, lampowego „oddechu” i wraz z rozkręcaniem wzmaga czułość wzmacniacza względem przetworników naszej gitary.
Przy leadach instrument reaguje tak samo dobrze – charakter gainu powoduje, że sola świetnie się kleją i nie brakuje im mitycznego „oddechu” klasycznej lampy. W porównaniu do lampowego wzmacniacza, Dime Bolt sprawia wrażenie bardziej sterylnego, co w kontekście technicznego metalu będzie zaletą. Czy wspominaliśmy, że ta głowa nie wymaga dodatkowych treble boosterów czy innych „dopałek”. To jakby do rozpalonego do czerwoności – nomen omen – pieca, dorzucać jeszcze więcej paliwa. Byłby to całkowicie zbędny zabieg.
Ostatnia sprawa, być może nie najważniejsza, ale bynajmniej nie najmniej istotna. Jeśli chodzi o mniejsze dawki gainu to wzmacniacz nie wydaje się byś znudzony swoją pracą. Fajny, drobnoziarnisty crunch popycha nas nawet w kierunku blues-rockowych klimatów, a im mniej gainu tym bliżej brzmienia funky i gdyby tu teraz zapiąć jakiegoś Stratocastera, wyszła by z tego pewnie całkiem stylowa „szklanka”. Brzmienia zupełnie czyste (gain blisko zera) wydają się być transparentne i nie kolorują soundu naszej gitary. Czyli można by sparafrazować „what you have is what you get”.
Podsumowanie
WARHEAD Dime Bolt to świetny wybor dla gitarzystów metalowych, którzy poszukują signature brzmienia Dimebaga Darrella w kompaktowej, solid-state konstrukcji. To nie sprzęt uniwersalny dla każdego — jeżeli potrzebujesz wielu kanałów, stylów, czystych tonów jazz/clean – być może lepiej wybrać coś bardziej wszechstronnego. Ale jeśli Twoim celem są agresywne riffy, techniczne zagrywki i metalowa scena – Dime Bolt może być strzałem w dziesiątkę.



