Grecki gitarzysta, który przez osiem lat grał w zespole Ozzy’ego Osbourne’a, przyznaje, że era gitarowych herosów minęła bezpowrotnie. Wskazuje winnego i przy okazji zdradza, czemu sam miał szczęście trafić we właściwy moment historii muzyki.
Gus G wie, czym jest bycie przysłowiową gwiazdą rocka. Przez ponad dwie dekady budował karierę w czołówce metalowej sceny — najpierw z Firewind, potem jako gitarzysta Ozzy’ego Osbourne’a przez osiem lat, współpracując z Arch Enemy i kilkoma innymi składami. Dlatego warto zatrzymać się przy jego obserwacji na temat współczesnego środowiska gitarowych talentów.
W rozmowie z Blabbermouth Gus G postawił najpierw ogólną diagnozę naszych czasów:
Kiedy ludzie pytają mnie: «Co radzisz komuś, kto chce zrobić karierę w muzyce?», odpowiadam: «To zupełnie inne czasy.» Nie potrzebujesz nawet wytwórni. Masz tyle niesamowitych narzędzi, jak YouTube. Możesz przez to dotrzeć do wszystkich. Możesz dotrzeć do wszystkich przez swoje social media, Instagramy, TikToki. Teraz to działa odwrotnie: wytwórnia sama podbije do ciebie, jeśli masz już własną globalną bazę fanów i robisz duży szum w sieci. Wielu z tych gitarzystów — obserwuję tych YouTuberów — nie jest tak naprawdę zainteresowanych sceną live. Niektórzy z nich w ogóle nie muszą wychodzić do ludzi i grać. Nie wiedzą, jak to jest. To inny krajobraz. Tak to widzę. Cały ten świat się zmienił i przesunął. Cieszę się, że wywodzę się z nieco bardziej staromodnej, tradycyjnej szkoły — wciąż wierzę w to, że trzeba trafić do każdego miasta, do lokalnego klubu i grać dla ludzi, którzy chcą przyjść. Mocno w to wierzę
Ale nie oznacza to, że Gus G krytykuje młodzież za bycie „instagramowymi gitarzystami”:
Nie ma już tego samego hype’u, tego samego entuzjazmu ani tej samej siły co kiedyś. Każdy z każdego zakątka świata może wrzucić cokolwiek. I powinien. Są tam niesamowici muzycy. Tak, to jest globalizacja dzięki internetowi
Gus G rozumie, że demokratyzacja dostępu to zjawisko pozytywne, ale problem polega na tym, że kiedy każdy może być bohaterem, to tak na prawdę nikt nim nie jest!
Sam Gus G przyznaje, że trafił na moment „przedinternetowy” jako ostatni z gatunku:
Jestem wdzięczny, że doświadczyłem jeszcze trochę tej magii. Był czas, kiedy byłem młodym dzieciakiem na scenie, z małego kraju, który ludzie znają pewnie głównie z fety. A tu proszę — robię fale, gram wszędzie i nagrywam płyty heavymetalowe. To wtedy było egzotyczne!
Gus G wciąż gra, wydaje albumy z Firewind i pozostaje jedną z bardziej rozpoznawalnych twarzy melodyjnego metalu. Rozumie jednocześnie, że jest być może jednym z ostatnich, którym udało się przejść przez bramę gitarowych legend zanim internet zamienił ją w filtr — przepuszcza talenty, nie przepuszcza mitów…











