Norweski black metal od dekad obrósł legendą. Dla jednych to mroczny mit, który ukształtował całe pokolenia ekstremalnych muzyków, dla innych – groteskowa historia pełna przemocy, ideologicznych obsesji i muzyki, której aura bywa bardziej fascynująca niż jej realna wartość artystyczna. Dani Filth z Cradle of Filth należy zdecydowanie do tej drugiej grupy – i w jego słowach słychać sporą dawkę sceptycyzmu wobec kultu, jaki narósł wokół sceny z Oslo.
Początki norweskiego black metalu wielokrotnie opisywano niczym mroczną baśń: pożary kościołów, brutalne konflikty między muzykami, a także charyzmatyczne i niebezpieczne postacie, które wyznaczały ton całej scenie. Jedną z nich był Euronymous, lider Mayhem – w oczach wielu „kapłan” rodzącego się gatunku.
Dani Filth z Cradle of Filth wspomina jednak, że już na samym początku można było dostrzec, iż coś w tym środowisku było mocno nie tak. W rozmowie z Metal Hammer opowiedział o tym, jak został korespondencyjnym znajomym Euronymousa:
Zostałem korespondencyjnym znajomym Euronymousa po tym, jak wysłałem mu nasze demo. Odesłał mi całkiem miły list, nic szczególnie dziwnego. Myślę, że dopiero w drugim wspomniał, jak bardzo podziwia Pol Pota i Nicolae Ceaușescu za to, jak potrafili kontrolować społeczeństwo, ale to było chyba najbardziej mizantropijne, co napisał
Historia Euronymousa zakończyła się tragicznie – zginął z rąk Varga Vikernesa, twórcy Burzum. Jego rola w rozwoju gatunku jest dziś powszechnie uznawana, choć Dani Filth do samej muzyki Mayhem podchodzi z dużym dystansem.
Dostałem od niego jakieś trzy, może cztery listy. Trzymałem je w moim egzemplarzu [debiutanckiego EP Mayhem] Deathcrush, aż w końcu sprytny koleś, którego uważałem za przyjaciela, ukradł mi je dawno temu. Nadal mam oryginalne wydanie EP-ki z 1987 roku, ale razem z kumplami uważaliśmy to po prostu za jakieś kiepskie thrashowe czy death metalowe granie. Ani razu nie pomyśleliśmy, że to black metal, poza tym, że miało ostre logo z odwróconymi krzyżami
Słowa frontmana Cradle of Filth są chłodnym przypomnieniem, że t.zw. „trve black metal” w swojej genezie był często bardziej opowieścią o pozach, ekstremalnych gestach i szokujących narracjach niż o samej muzyce. To, co dziś dla fanów urasta do rangi mitologii, dla rówieśników z tamtych lat mogło być po prostu nieporadnym graniem ubranym w „srogą” ideologię.
Posłuchajcie zresztą sami.


