W ostatnich dniach Gene Simmons ponownie wywołał mały shitstorm w świecie muzyki, krytykując decyzje Rock and Roll Hall of Fame i podważając sens wprowadzania artystów hip-hopowych do instytucji, która – jego zdaniem – powinna być zarezerwowana wyłącznie dla artystów około rockowych.
Gene Simmons jak zwykle nie owijał w bawełnę i ostatnio powtórzył swoje stanowisko w tym temacie, które nie zmienia się od lat:
Hip-hop nie należy do Rock and Roll Hall of Fame, tak samo jak opera czy orkiestry symfoniczne… to się nazywa Rock and Roll Hall of Fame
W innej części wypowiedzi zaznaczył:
To nie moja muzyka. Nie pochodzę z getta. To nie przemawia moim językiem
Muzyk argumentował, że problemem nie jest brak szacunku wobec rapu, lecz kwestie definicyjne. Według niego hip-hop jest przede wszystkim sztuką słowa mówionego i stanowi odrębny język muzyczny, który nie powinien być mieszany z rockiem:
Muzyka ma etykiety, bo opisują one jej podejście. Hip-hop i rap to w dużej mierze forma werbalna
Jednocześnie przyznał, że szanuje dokonania raperów, wskazując choćby na wcześniejsze dyskusje z Ice Cube’em i uznając go za „inteligentnego gościa”, z którym można się nie zgadzać.
W wywiadach Simmons powracał także do przykładu braku niektórych zespołów rockowych w Hall of Fame, zestawiając ich nieobecność z obecnością pionierów hip-hopu. Ironizował:
Chcę tylko wiedzieć, kiedy Led Zeppelin trafi do Hip-Hop Hall of Fame. Nie da się? No właśnie
Wypowiedzi natychmiast wywołały reakcje w branży. Chuck D podkreślał, że pojęcie „rock and roll” zmieniało się przez dekady i obejmuje różne formy muzyczne, a inni muzycy – jak Chad Smith – publicznie stwierdzili, że rap może mieć swoje miejsce w Rock And Roll Hall of Fame mimo sprzeciwu części środowiska rockowego.


