Niektóre historie z życia rockowych legend brzmią tak, że trudno uwierzyć, iż wydarzyły się naprawdę. David Gilmour, gitarzysta Pink Floyd, wspomina moment, gdy podczas próby w londyńskim Royal Festival Hall został porażony prądem i… został odrzucony tym wstrząsem, lądując tuż obok perkusji Nicka Masona. Mimo że koncert odbył się tego samego dnia, muzyk przyznaje, że jego palce wciąż drżały od uderzenia.
Historia przypomniana przez gitarzystę Pink Floyd pokazuje, jak duże ryzyko wiązało się z muzycznymi eksperymentami. Pink Floyd nie bali się korzystać z najnowszych zdobyczy techniki – często prototypowych i nie do końca sprawdzonych rozwiązań. W tamtym czasie bezpieczeństwo elektryczne scenicznego sprzętu było dalekie od dzisiejszych standardów, a każdy nowy efekt, syntezator czy instalacja świetlna mógł być zarówno rewolucyjny, jak i potencjalnie groźny. Wypadek w Royal Festival Hall to nie tylko anegdota, ale też przypomnienie, że rozwój rocka progresywnego odbywał się czasem nawet kosztem zdrowia muzyków.
Do zdarzenia doszło 14 kwietnia 1969 roku, w trakcie popołudniowej próby przed wieczornym koncertem.
Jak wspomina gitarzysta w rozmowie z Record Collector:
Podczas popołudniowej próby doszło do błędu podczas okablowania i zostałem porażony prądem. Przeleciałem ponad zestawem perkusyjnym i wylądowałem po drugiej stronie, mijając głowę Nicka o cale
To porażenie miało, jak się okazuje, długotrwały efekt w postaci utraty pełnej kontroli nad palcami dłoni, co – nie musimy chyba tego dodawać – ma dla gitarzysty znaczenie podstawowe. Gilmour wspominał:
Taki szok zostaje w tobie na długo, a moje palce wciąż drżały przez cały koncert
Gilmour dodał, że w tamtym okresie Pink Floyd słynęli z wykorzystywania „nowej elektroniki”, co w dużej mierze wynikało z przyjaźni z Peterem Zinovieffem, właścicielem Electronic Music Systems (EMS) w Putney:
W Pompejach zapytano nas: ‘Czy to wy kontrolujecie je, czy one was?’ No to pozwól im cię kontrolować i zobacz, co się stanie. Był taki moment, że cała ta elektronika 'napierała’ na nas, częściowo dlatego, że byliśmy przyjaciółmi Petera Zinovieffa. Chodziłem do jego domu, do dużej szopy, gdzie pracował nad miniaturyzacją elektroniki do rozmiarów walizki. VCS3 był dużym, drewnianym urządzeniem, a Synthi AKS był właściwie tym samym, z dodatkowymi elementami
W tym samym wywiadzie Gilmour nie omieszkał odnieść się również do swojego najnowszego solowego albumu „Luck and Strange”, który stał się jego trzecim numerem jeden na brytyjskiej liście przebojów:
Uwielbiam 'Luck and Strange’. Ośmieliłbym się zasugerować, że to mój najlepszy solowy album. Może nawet najlepszy album w ogóle. Jestem naprawdę zadowolony z tego, jak wyszedł, dzięki zespołowi ludzi, którzy się przy nim zebrali











