Jared James Nichols nie szukał nowego wzmacniacza. Ale kiedy podłączył vintage’owego Plexi z 1968 roku, poczuł coś, czego nie spodziewał się usłyszeć. I już nie było powrotu.
Jared James Nichols przez prawie 15 lat budował swoje brzmienie na Blackstarach. Nie dlatego, że musiał — dlatego, że działało. Relacja z marką zaczęła się jeszcze zanim zaczął regularnie trasować, przerodziła się w serię sygnaturowych wzmacniaczy i przez lata nie dawała powodów do narzekań.
W rozmowie opublikowanej w serwisie Music Radar, Jared opowiedział tę historię z detalami:
Z Blackstarami nie ma żadnej dramy. Nie ma żadnego «odchodzę!». Miałem z nimi niesamowitą relację przez prawie 15 lat. Moje brzmienie — naprawdę, dosłownie — zostało zbudowane z tymi Blackstarami
A jednak coś zaczęło go ciągnąć w inną stronę. Przy każdym kontakcie z vintage’owym Marshallem — konkretnie ze 100-watowym 1959 Super Lead, czyli legendarnym Plexi — czuł coś, czego nie potrafił zignorować.
Za każdym razem, gdy podłączałem się do Plexi, mówiłem sobie: «Boże, to właśnie to.» Bo jako grający palcami, jako ktoś, kto operuje szeroką dynamiką — zawsze słyszałem swoje palce przez Plexi. Nieważne czy wchodziłem z Tube Screamerem, Klonem, wah czy fuzzem — nadal słyszałem pod tym swoje palce
Moment przełomowy przyszedł podczas sesji z Joe Bonamassą. Nichols stał obok z własnym ustawieniem — dużo reverbu, dużo kompresji — i nagle usłyszał, jak Bonamassa podpina się do Twina, zmodyfikowanego przez pana Howarda Dumble’a i uderza w niskie E:
Walnął i poszło «BONK!» I «WAH WAH WAH». A potem ja coś zagrałem i poczułem, jakby jego wzmacniacz bił mnie w twarz, a mój stał skulony gdzieś w kącie z tyłu
Decyzja zapadła. Na nagranie albumu „Louder Than Fate” Nichols zabrał Plexi z ’68 i szybko okazało się, że 100 watów vintage’owego Marshalla w studiu to nie jest rzecz, którą da się ujarzmić w kabinie.
Musieliśmy ograniczyć ’68, bo był za dziki, stary. Za dziki! Stał w kabinie i trząsł ścianami tak mocno, że słyszałeś to w nagraniu. Mówiłem: «Ten wzmacniacz to potwór.»
A jednocześnie Plexi nie wybacza błędów, działa jak rentgen i Nichols poczuł to natychmiast. Każda nuta, dobra i zła, wychodzi na wierzch bez litości:
Kiedy zacząłem naprawdę drążyć — gdy wziąłem tego ’68 — zauważyłem, że coś się we mnie zmieniło jako w gitarzyście. Coś zaczęło być bardziej szczere. Nawet gdy trafiałem coś nie tak, myślałem: «Ała!» Nie mogę kłamać, bo nie mam tu żadnego ultra-delaya ani wbudowanego reverbu
A kiedy po raz pierwszy zagrał Plexim na żywo z zespołem, stało się coś, czego nie spodziewał się po kawałku sprzętu liczącego prawie 60 lat:
Poczułem, jakbym unosił się nad ziemią, bo po prostu szedłem na całość. Poczułem się jak w Cream w 1968 roku. Brzmienie było tak surowe i powiedziałem sobie: «To jest dokładnie tam, gdzie chcę być.» Czasem, jak to mówią — serce chce, czego chce. A ja chciałem właśnie tego


