W świecie gitarzystów pogoń za „idealnym brzmieniem” często kończy się pedalboardem wielkości stolika kawowego. Jared James Nichols poszedł w dokładnie przeciwnym kierunku – i twierdzi, że to była jedna z najlepszych decyzji w jego muzycznym życiu. Jest jeden efekt, bez którego nie rusza się z domu: Tube Screamer.
W ostatnich latach rynek efektów gitarowych urósł do absurdalnych rozmiarów – mnóstwo manufaktur, boutique’owe overdrive’y, limitowane reedycje i „rewolucyjne” klony klasyków pojawiają się szybciej, niż gitarzyści są w stanie je przetestować. Towarzyszy temu przekonanie gitarzystów, że brzmienie wciąż jest „gdzieś indziej” i wymaga kolejnych zakupów. Coraz częściej jednak słychać głosy muzyków, którzy twierdzą coś przeciwnego: że klucz do własnego soundu leży nie w liczbie kostek, ale w ograniczeniach, prostocie i bezpośredniej relacji między gitarą, wzmacniaczem i palcami.
Odnosząc się do tego zjawiska Jared James Nichols w rozmowie z Guitarist przyznał:
Prostota pomogła mi znaleźć mój własny głos. Nie jestem od niczego uzależniony. Mogę wziąć dowolną gitarę i wciąż brzmieć jak ja
Jak przyznaje, dojście do tego minimalizmu było procesem. Na początku – klasyka: wah, tuner, fuzz i kilka przesterów. Z czasem jednak sprzęt zaczął przeszkadzać bardziej, niż pomagać:
Kiedy zaczynałem trasy, budowałem pedalboardy pełne efektów. Coś ciągle się psuło – pewnie przez moją własną głupotę. Więc ten pedalboard robił się coraz mniejszy. Pod koniec trasy było już tylko: Tube Screamer do wzmacniacza. Wiedziałem, że mogę zagrać cały koncert bez problemów. Nie potrzebowałem już tego całego dodatkowego złomu
Dla Nicholsa to filozofia „albo pływasz, albo toniesz”:
Dajcie mi gitarę z jednym P-90 i Tube Screamera – i mogę grać w Royal Albert Hall. To mnie uwalnia. Nie jestem do niczego przykuty. To tylko środek do celu
Co ciekawe, gitarzysta wcale nie wierzy w konieczność ciągłego kupowania nowych kostek. Jego główny Tube Screamer pochodzi z… 1982 roku.
Mam tego Tube Screamera od piętnastego roku życia. Prawda jest taka, że oni zrobili te przestery dobrze już za pierwszym razem. To jeden z największych przekrętów branży gitarowej. TS9 z normalnego sklepu zrobi robotę. Nawet Bonamassa ci to powie. Tube Screamer to Tube Screamer.”
Dla kontrastu – Nichols bez żalu pozbył się Klona.
Klon to osobna bestia. Jest tam coś innego w tym ‘sosie’. Ale nikt nie mówi o szumach. Jak dasz drive powyżej połowy i ściszysz gitarę, pojawia się masa niechcianego hałasu. Poza tym wożenie Klona w trasie to koszmar. Po soundchecku musisz go zdejmować z pedalboardu i nosić ze sobą, bo Klon w klubie to łatwy łup. A Tube Screamera? Nikt ci nie ukradnie
W czasach, gdy coraz więcej gitarzystów gubi się w nadmiarze opcji, Nichols przypomina o rzeczy podstawowej: brzmienie zaczyna się w palcach, a nie w liczbie kostek pod butem.


