Przez dekadę grał w jednym z największych zespołów świata, nagrał dwa albumy i objechał z nimi planetę. Kiedy John Frusciante wrócił, wszystko to zniknęło: i z setlist i z rozmów. Klinghoffer nie jest człowiekiem, który żywi urazy, ale mówi o tym wszystkim otwarcie.
Josh Klinghoffer dołączył do Red Hot Chili Peppers w 2009 roku i przez dekadę był gitarzystą jednego z największych zespołów na świecie. Nagrał z nimi „I’m With You” (2011) i „The Getaway” (2016), zagrał setki koncertów i — jak sam przyznał — „zrobił z nimi perfekcyjne dziesięć lat”. W 2019 roku został zwolniony telefonem, kiedy Frusciante zdecydował się wrócić. Od tamtej pory jego era w RHCP stała się tematem, którego zespół praktycznie nie porusza.
W nowym wywiadzie dla Guitar World Klinghoffer skomentował to z charakterystyczną dla siebie mieszaniną zrozumienia i lekkiego zaskoczenia:
Jedyne, co powiem — i nie wiem, czy to jest powiedziane wprost, czy nie — to że jest odrobina lekceważenia wobec płyt, które nie są płytami Johna. Kiedy John wraca do gry, to jakby te inne płyty w ogóle nie istniały
I dodaje zdanie, które najlepiej oddaje absurd całej sytuacji:
To jedyna dziwna rzecz dla mnie, bo te płyty były wtedy ważne, rozumiecie? Były na tyle ważne, żeby z nimi jeździć i grać je na całym świecie
Klinghoffer rozumie mechanizm, który za tym stoi. Ale rozumieć nie znaczy w pełni zaakceptować:
To zabawna rzecz. Sądzę, że jest to specyficzne dla sposobu, w jaki John postrzega zespół, kiedy w nim nie gra, i to ma dla mnie sens. Mają tyle muzyki, że nie muszą sięgać po część z innych płyt. Ale dla każdego, kto połączył się z tymi albumami — jak «One Hot Minute» czy dwa, które z nimi nagrałem — wyobrażam sobie, że to trochę dziwne, że zostałem wygnany z katalogu i z koncertów na żywo
W tym samym wywiadzie Klinghoffer wrócił też do swoich wcześniejszych komentarzy sprzed kilku lat — gdy powiedział, że muzyka RHCP z jego udziałem była „fajniejsza” niż ta nagrana po powrocie Frusciante. Tym razem sformułował to nieco ostrożniej:
Słuchałem ich nowych rzeczy raz, kiedy wyszły. Zrobiłem pewne komentarze w Ameryce Południowej, które nie wszystkim się spodobały — ale nie sądzę, żebym powiedział coś szokującego. Po prostu stwierdziłem, że to, nad czym z nimi pracowałem, było fajniejsze. Ale nie śledzę ich zbytnio










