Relacje między członkami Cream od zawsze były częścią mitologi rocka – i to nie tylko ze względu na wyjątkową muzyczną synergię. Stosunki towarzyskie pomiędzy członkami pierwszego w historii muzyki power trio, można określić jako co najmniej napięte. John McLaughlin w najnowszym wywiadzie wrócił do burzliwej relacji między Gingerem Bakerem i Jackiem Brucem, pokazując, jak cienka była granica między genialną chemią a totalnym chaosem.
Historia Bakera i Bruce’a to jeden z najlepszych przykładów na to, że w rocku kreatywność i konflikt bardzo często idą w parze – i czasem właśnie z tego napięcia rodzi się coś absolutnie fenomenalnego, właśnie takiego jak Cream. John McLaughlin pamięta ich jeszcze z czasów The Graham Bond Organization – i od początku wiedział, że ma do czynienia z czymś wyjątkowym, W rozmowie opublikowanej przez Guitar Player powiedział::
Razem byli niesamowici, ale jednocześnie cały czas działali sobie na nerwy. To było niewiarygodne. Kiedy pierwszy raz usłyszałem ich grających z Grahamem Bondem, pomyślałem: ‘To jest to. Wchodzę w to’. A na scenie – rozwalali mnie. Byli genialni i dokładnie tym, czego potrzebowałem
Problem polegał na tym, że napięcie między nimi było równie intensywne, co ich muzyka – szczególnie gdy Bruce brał na siebie więcej uwagi:
Co jakiś czas, podczas solówki basowej – granej na kontrabasie – Ginger robił się niecierpliwy i zaczynał komentować. Mówił: ‘No dalej, rusz się!’ Bywały też sytuacje, na scenie i poza nią, kiedy mówił do Jacka: ‘Twój timing jest kompletnie zjebany!’ A Jack odpowiadał: ‘Nie będziesz mi, kurwa, mówił, że mam zły timing!’
Czasem jednak konflikt wymykał się spod kontroli. W pewnym momencie sytuacja eskalowała do poziomu niemal groteskowego:
Pamiętam jeden wieczór, kiedy Ginger tak się znudził solówką Jacka, że zaczął rzucać w niego pałeczkami. Ginger rzucał w niego pałeczkami chyba zbyt mocno, więc Jack odwrócił się, wziął kontrabas i roztrzaskał go o perkusję Gingera
Tego typu napięcia nie były łatwe do zniesienia – nawet dla muzyków tej klasy. McLaughlin przyznał, że podobne odczucia miał także Eric Clapton, który grał z nimi w Cream:
Wiem, że kiedy Eric Clapton grał z nimi w Cream, nie podobało mu się to. Wiem, że Eric cierpiał – i ja też. Mówiłem: ‘Kurwa, wyluzujcie. Po prostu grajcie muzykę i cieszcie się nią’. Ale oni nie potrafili przestać
Paradoksalnie, to właśnie ta wybuchowa mieszanka charakterów była częścią ich muzycznej siły:
Kiedy grali razem, byli dynamitem. Ginger miał groove, a Jack od razu na niego wskakiwał. Uwielbiałem to, co razem robili – i wiem, że Eric też. Byli niesamowici. A ich kłótnie były bez wątpienia częścią tej chemii. Emocje sięgały zenitu – a muzyka potrzebuje emocji. Potrzebuje silnych emocji. A oni zdecydowanie je mieli


