Dwóch gigantów brytyjskiej gitary przez dekady obserwowało się nawzajem z podziwem i szacunkiem. Blackmore miał jedno zastrzeżenie do Maya, a May miał dla Blackmore’a same superlatywy.
Kiedy Deep Purple wspinali się na szczyt na przełomie lat 60 i 70.., Brian May był jeszcze studentem Imperial College w Londynie, który dopiero szukał swojego miejsca w muzyce. Ritchie Blackmore był już wtedy — jak May sam wspominał — „legendą i postacią owianą tajemnicą i podziwem”. Kilka lat później May także stał się jednym z najważniejszych brytyjskich gitarzystów poprzez pracę z Queen.
Tych dwóch gentelmanów przez dekady obserwowało się nawzajem i obaj mieli okazje publicznie sę o sobie wypowiedzieć.
Zacznijmy od Blackmore’a, który nigdy nie gryzł się w język. Tu jednak nie miał powodów do uszczypliwości:
Queen — pierwszy raz ich usłyszałem, grali piosenkę o pociągu, gdzieś w 1974 lub 1975 roku. Nie pamiętam tytułu, ale byłem bardzo pod wrażeniem gry na gitarze i oczywiście śpiewu. Zauważyłem, że Freddie Mercury ma głos będący skrzyżowaniem Ronniego Dio z niemal operowym stylem. Dla mnie był prawdziwą gwiazdą — wiedział dokładnie, jak rozkręcić publiczność. Co za muzyk
Ritchie ciągnął dalej, tym razem o samym Mayu:
Te wszystkie czterogłosowe harmonie, które nagrali — bardzo, bardzo sprytne rzeczy. I oczywiście jest Brian, który jest prawdopodobnie jednym z najmilszych facetów w branży, a do tego genialnym gitarzystą. Pracowałem z Brianem przy innych projektach i jest naprawdę wspaniałym człowiekiem. Jest trochę za wysoki, ale nic na to nie poradzi
Blackmore przyznał też, że zasięg Queen w Ameryce go zaskoczył — i wyjaśnił, dlaczego:
W Ameryce zauważyłem, że lubią proste akordy, bluesa, trzy akordy — coś w stylu Steviego Raya Vaughana. A u Queen masz pewnie z 25 akordów i mnóstwo zmian. Zazwyczaj amerykański rynek na to nie reaguje. Więc byłem zaskoczony, że zrobili tam tak wielką karierę — i miło było to zobaczyć
May odwzajemniał podziw z równą intensywnością. W 2020 roku powiedział Guitar World wprost:
Jeden z moich wielkich bohaterów. Jest szalony. Obserwowanie go było niezwykłe. Myślę, że jest jednym z najbardziej niebezpiecznych gitarzystów w historii — i mówię to w jak najlepszym sensie. Był tam na długo przed nami wszystkimi
A w dokumencie „Ritchie Blackmore Story” z 2015 roku cofnął się jeszcze dalej — do czasów, zanim ktokolwiek grał tak jak Blackmore:
Ludzie nie grali w tamtych czasach w taki sposób. Grali jazz, dość bezpiecznie, raczej spokojnie — poza Djangiem Reinhardtem, raczej wolno. A potem pojawił się Ritchie i jest kulą ognia. Jego technika jest wprost nie do wiary — nie wiem, skąd pochodzi. Gra bardzo szybko, bardzo precyzyjnie i bardzo namiętnie. To było przed Hendrixem. Ritchie jest wielkim twórcą i pionierem dzikiej gitary elektrycznej
W 2013 roku, zapytany o wybitne nagranie gitarowe, May bez wahania sięgnął po „Since You’ve Been Gone” Rainbow — i przy okazji sformułował zdanie, które brzmi jak kult Blackmore’a:
Ludzie za mało mówią o Ritchiem Blackmorze. Nie wiem dlaczego. Był takim pionierem i technicznie niesamowity — nieprzewidywalny w każdy możliwy sposób. A tego właśnie chcesz, prawda? Idziesz na koncert i chcesz zobaczyć coś nieprzewidywalnego. Nigdy nie wiedziałeś, czego się spodziewać, gdy szedłeś na Purple z Blackmorem w składzie — ale też na Rainbow. To było jego własne, było dzikie i niebezpieczne











