Wpływ Eddiego Van Halena na gitarowy świat jest nie do przecenienia, ale – jak zauważa Steve Stevens – każda rewolucja niesie ze sobą także skutki uboczne. Gitarzysta znany z solowej kariery oraz współpracy z Billym Idolem wrócił ostatnio wspomnieniami do lat 80., wskazując, że gigantyczny sukces Van Halena nie tylko otworzył nowe muzyczne drzwi, ale też sprawił, że branża zaczęła myśleć o gitarze w wyjątkowo wąskich kategoriach.
Technika Eda Van Halena, która faktycznie była jakościowym przełomem, zaczęła w latach 80. funkcjonować jako branżowy filtr: jeśli gitarzysta nie potrafił „grać jak Eddie”, często nie był brany pod uwagę. Z czasem ten model sam się napędzał. MTV, radiowe hity i sukcesy zespołów z wyeksponowanymi solistami utwierdzały A&R-owców w przekonaniu, że gitarowe fajerwerki sprzedają się najlepiej. Dopiero na początku lat 90., wraz z nadejściem grunge’u, publiczność i rynek zaczęły odwracać się w kierunku prostoty.
Wolfgang Van Halen powiedział kiedyś, że jego tata „niejako zrujnował” scenę gitarową lat 80., ponieważ jego olśniewający talent stworzył napływ naśladowców, którzy desperacko pragnęli być jego następcami. Nie wszyscy jednak byli tak chętni, by pójść w jego ślady – dla Steve’a Stevensa wspólne występy z Van Halen miały wręcz odwrotny skutek.
Steve wspomina w wywiadzie dla Guitar World:
Po sześciu tygodniach supportowania Van Halen zszedłem z trasy i musiałem przemyśleć, po co w ogóle gram na gitarze. Przestałem grać na gitarze elektrycznej na rok. Pojechałem do Japonii, Francji i Anglii, żeby nagrać płytę i podróżowałem po świecie, mając tylko gitarę z nylonowymi strunami
Stevens przyznaje, że sam nigdy nie czuł presji, by podążać dokładnie tą samą ścieżką.
Nie byłem z Los Angeles. Nie dorastałem, patrząc na Van Halena i myśląc: ‘O cholera, co teraz zrobimy?’. Wielu facetów tak miało. Eddie bez wątpienia wstrząsnął światem. Później się zaprzyjaźniliśmy, ale nigdy nie chciałem grać jak on
Stevens wspominał, że w szczytowym okresie shredu wytwórnie płytowe masowo podpisywały kontrakty z gitarzystami prezentującymi określony zestaw umiejętności:
Wytwórnie podpisywały kontrakty z każdym, kto potrafił tapping i szybkie shreddowanie. Ci najlepsi, jak Warren DeMartini czy George Lynch, odnaleźli własny głos – w przeciwieństwie do tych, którzy byli tylko klonami Eddiego. Ale prawda jest taka, że moją prawdziwą miłością zawsze była współpraca przy dobrej piosence
To podejście jasno pokazuje jego filozofię grania, opartą bardziej na zespołowej chemii niż na popisach technicznych.
Zdecydowanie nie czekam na swój moment chwały trzy minuty po rozpoczęciu utworu, wypatrując solówki. Największą frajdę daje mi bycie częścią zespołu i dialog z muzykami na scenie, granie razem i zazębianie się z perkusistą












