Steve Vai opowiada o niedostatkach Stratów i Les Pauli, o początkach współpracy z Ibanez i o tym, dlaczego przez lata żadna inna gitara nie była w stanie spełnić jego oczekiwań.
Steve Vai wrócił we wspomnieniach do czasów, zanim narodziła się jego ikoniczna współpraca z Ibanez – i do okresu, gdy żaden producent, łącznie z Ibanez, nie potrafił zbudować dla niego instrumentu odpowiadającego jego potrzebom. W ciekawej rozmowie w podcaście Metal Sticks, prowadzonym przez Nicko McBraina z Iron Maiden, Vai przyznał, że klasyczne konstrukcje pokroju Stratocastera czy Les Paula były dla niego ograniczające już wtedy, gdy jako nastolatek szukał swojego brzmienia w latach 70.
Byłem nastolatkiem w latach 70. i kochałem Straty oraz Les Paule, ale było w nich coś bardzo ograniczającego. Uwielbiałem Straty, bo miały whammy bar, ale one nie były – wiem, że się narażę – one nie były dla mnie instrumentami heavy metalowymi. Single-coile nigdy nie dawały mi rockowego tonu, jakiego chciałem. Les Paule go miały, były świetne, ale nie miały whammy bar, a ja nie lubiłem, jak leżą na ciele
Zupełnie nowe spojrzenie na gitarę dała mu dopiero współpraca z Frankiem Zappą. Vai obserwował, jak legendarny muzyk traktuje instrumenty nie jak świętość, lecz jak konstrukcje, które można dowolnie modyfikować i usprawniać.
Kiedy zacząłem pracować dla Zappy, zauważyłem, że on był bardzo bezceremonialny wobec gitar. Wiercił w nich dziury, wymieniał pickupy. Miał Stratocastera Hendrixa, którego Jimi podpalił, a on pierwsze, co zrobił, to wyrwał pickupy i wsadził tam elektronikę. Wtedy zrozumiałem, że nie muszę się ograniczać
Zainspirowany, młody Vai pojawił się w niewielkim sklepie lutniczym z pomysłami, które później przerodziły się w prototyp JEM-a.
To były niewinne pragnienia. Poprosiłem: ‘Czy możecie zrobić mi gitarę? Chcę 24 progi’, co było w tym czasie nietypowe dla instrumentów inspirowanych Stratem. ‘I chcę taki cutaway, żeby ręka tam weszła’. Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego Straty czy Les Paule mają takie małe cutwaye, które uniemożliwiają wejście na wysokie progi
Vai dodaje, że chciał również unikalnej konfiguracji przetworników oraz tremola, które pozwoli na ekstremalne podciąganie:
Spojrzałem na mostek i zrozumiałem, że nie podciąga się do góry, bo blokuje go drewno. Wybiłem je więc. I tak zaczęła się historia prawdziwych floating tremolo
Wbrew pozorom współpraca z Ibanez nie rozpoczęła się od zabiegania przez Vaia o uwagę firmy – wręcz przeciwnie.
W tamtym czasie grałem w trasie z Dave’em Lee Rothem i potrzebowałem instrumentów najwyższej jakości. Miałem tylko cztery takie gitary, a wszyscy producenci chcieli, żebym grał na ich sprzęcie. Powiedziałem więc: 'Ktokolwiek zrobi najlepszą wersję, z tym będę pracował’
Jak wspomina, nawet Ibanez początkowo nie potrafił zbudować tego, o co prosił.
No i nikt nie dostarczył nawet czegoś zbliżonego do tego, czego chciałem. Nawet Ibanez. Dopiero kiedy powiedziałem: ‘Nie, chcę to. Zróbcie to i to’, w końcu to zrobili i powstał JEM. Ibanez jako jedyny potrafił to naprawdę dobrze wykonać – i zrobił to pięknie. Od tamtej pory mamy już blisko czterdziestoletnią, niesamowitą relację


