Brzmienie MarkBass Big Bang
Pierwsze, czym niewątpliwie urzeka MarkBass Big Bang, to sterylność pracy. Oprócz dźwięku nie usłyszymy nic innego – żadnych zakłóceń czy szumu. Po prostu rewelacja. Docenimy to z pewnością w studiu, a także w domu, kiedy będziemy grać z mniejszą głośnością. O ile cyfrowe końcówki nie przekonały gitarzystów elektrycznych, o tyle doskonale udało się je zaadoptować we wzmacniaczach szerokopasmowych, akustycznych i basowych. Mają one doskonałą sprawność – pozwalają uzyskać sporą moc bez konieczności stosowania ciężkich i dużych transformatorów. Właśnie dlatego zaledwie dwukilogramowe urządzenie dostarcza 500 W mocy. I nie jest to bynajmniej chwyt marketingowy. Po uruchomieniu wzmacniacza lepiej ostrożnie obchodzić się z potencjometrami głośności. Ta mała głowa naprawdę posiada ogromną moc, którą dostarcza nadzwyczaj płynnie i stabilnie. Najlepszym tego sprawdzianem jest podpięcie pięciostrunowego basu i podkręcenie niskich częstotliwości. MarkBass Big Bang przechodzi ten test bez problemu. Zadziwiająca sprawność tego maleństwa gwarantuje, że nie tylko nie braknie nam mocy, ale także nie będzie ona pojawiać się kosztem brzmienia. Testowany wzmacniacz jest bardzo dynamiczny. Doskonały atak i szybka odpowiedź pozwala zaakcentować każdy niuans artykulacyjny. Gra slapem to przyjemność.
Ciężko określić jednoznacznie brzmienie tego wzmacniacza, ponieważ ma bardzo rozbudowaną i sprawną korekcję. Jedno jest pewne – brzmi grubo, klarownie, ale nie zbyt twardo, co często nęka podobne, cyfrowe konstrukcje. Jeżeli już jesteśmy przy korekcji dźwięku – czteropasmowy equalizer pozwala bardzo wydatnie kształtować brzmienie. W końcu mamy do dyspozycji zakres 16 dB dla każdego pasma. Uzupełnieniem są filtry VPF i VLE, które te możliwości jeszcze poszerzają. To, co spodobało mi się najbardziej, to fakt, że MarkBass Big Bang gra bardzo muzycznie przy podłączeniu klasycznych modeli basów, czyli Precision czy Jazz Bass. Wiele współczesnych pieców brzmi niemal tak samo, niezależnie od podłączanego instrumentu – grają nowocześnie, szerokim pasmem, lecz bez duszy. MarkBass Big Bang pozwala ukręcić brzmienie, które zarówno zabrzmi vintage’owo, jak również nowocześnie – jest po prostu bardzo elastyczny i współpracuje z podpiętym basem. Oczywiście bez problemu uzyskamy także ostre, metaliczne brzmienie slapu tak lubiane przez współczesnych basistów. Mimo to jednak, tradycjonaliści docenią także jego drugą, analogową stronę oferującą esencję basowych barw znanych z płyt gigantów.
Czego zabrakło w testowanym sprzęcie? Jak zwykle w przypadku basowych wzmacniaczy – przydałby się choćby najprostszy kompresor. Z drugiej strony, jeżeli miałby naprawdę dorównywać jakością wzmacniaczowi miałoby to wpływ na cenę. Również nie pogardzilibyśmy oktawerem, którego zresztą nie ma pewnie z tego samego powodu, co kompresora. Jest jeszcze inny, bardziej oczywisty powód – po prostu na panelu tego wzmacniacza nie ma już miejsca na dodatkowe potencjometry – chyba, że zmniejszono by rozmiar gałek, ale wówczas mielibyśmy gąszcz, który na scenie mógłby się okazać nie do opanowania.












