Czy mamy do czynienia z nowym ruchem w muzyce gitarowej? Być może to zbyt duże słowo, ale trudno nie zauważyć pewnej zmiany estetycznej. Coraz więcej gitarzystów o ponadprzeciętnych umiejętnościach świadomie rezygnuje z technicznej demonstracji na rzecz vibe’u, przestrzeni, czy po prostu podporządkowaniu swojej gry kompozycji utworu Jeśli szukać nazwy dla tego zjawiska, Ruch Minimalizmu Gitarowego nie brzmi wcale przesadnie.
Nie ma jeszcze oficjalnej etykiety zjawiska (choć może właśnie ją stworzyliśmy…?), ale trudno nie zauważyć, że coś wyraźnie się zmienia. Coraz więcej gitarzystów o imponujących umiejętnościach technicznych świadomie rezygnuje z ekwilibrystyki na rzecz klimatu i narracji.
Przez ostatnią dekadę internet żył shredem. Instagram i YouTube wyniosły na piedestał trzydziestosekundowe popis, który w izolacji robił ogromne wrażenie. Problem polegał na tym, że viralowy moment rzadko przekładał się na skończoną kompozycję, album, do którego chce się wracać, czy tym bardziej na zespół, na którego koncert chcielibyśmy się wybrać. Gitarowa publiczność zaczęła instynktownie odróżniać imponującą technikę od samej muzyki i w odpowiedzi pojawił się zwrot w drugą stronę.


Jednym z symbolicznych momentów tej zmiany był album „Sob Rock” Johna Mayera. Gitarzysta, który mógł nagrać kolejną płytę pełną rozbudowanych partii w duchu „Continuum”, postawił na oszczędność, klimat i świadome „granie mniej”. To było czytelne przypomnienie, że dojrzałość w gitarze nie musi oznaczać większej liczby nut.
Podobną drogę widać u Mateus Asato. Przez lata był jednym z najbardziej rozpoznawalnych wirtuozów ery Instagrama, symbolem nowej technicznej perfekcji. Dzisiaj jego gra jest bardziej melodyjna, wyciszona i skupiona na frazie. Zamiast imponować szybkością, buduje napięcie artykulacją i przestrzenią. W tym samym kierunku podąża Tom Misch, który przy zapowiedzi albumu „Full Circle” mówił wprost o odejściu od przeładowanego podejścia producenckiego na rzecz klasycznego pisania piosenek, nagrań live i organicznego brzmienia.
Oczywiście minimalizm gitarowy nie jest wynalazkiem ostatnich lat. Chyba jako pierwszy pokazał nam to JJ Cale, którego nie interesowało imponowanie komukolwiek. Zero popisów, zero długich, dramatycznych solówek, z zamiast tego krótkie, oszczędne frazy, idealnie osadzone w groove’ie, grane często półgłosem, jakby gitara była częścią sekcji rytmicznej, a nie instrumentem prowadzącym. To był wybór estetyczny. Cale miał pełną kontrolę nad bluesowym „słownikiem”, ale zamiast eksponować technikę, wolał budować transowe, „laid-back” groove’y. To charakterystyczne cofnięcie względem bitu, stało się fundamentem stylu, który później przejęli inni, m.in. Eric Clapton i Mark Knopfler. Paradoksalnie minimalizm wymaga ogromnej kontroli i świadomości. Trzeba mieć technikę, by móc świadomie z niej zrezygnować.
Wydaje się, że dzisiaj ta estetyka przestaje być wyjątkiem, a zaczyna być (jeszcze nie dominującą) tendencją w muzyce około gitarowej.
Zmiana ma też wymiar rynkowy. Streaming premiuje klimat i powtarzalność odsłuchu. Gitara jako element tekstury utworu, groove’u czy nastroju, lepiej funkcjonuje w codziennym słuchaniu niż techniczne popisy. Do tego dochodzi wyraźny powrót do brzmień inspirowanych latami siedemdziesiątymi, ciepłem analogowego hi-fi i organicznym podejściem do nagrań. Coraz częściej mówi się o nagrywaniu „na setkę”, o zostawianiu niedoskonałości, o dynamice zamiast kompresyjnej perfekcji. Poza tym wielu współczesnych gitarzystów dorastało na YouTube’owej wirtuozerii. Teraz są w etapie: „co dalej?”, a odpowiedź brzmi: kompozycja, nastrój, narracja.
Być może za kilka lat ktoś nazwie to oficjalnie ruchem. Na razie mamy do czynienia z wyraźnym kierunkiem.












