Są motywy muzyczne, które przetrwały próbę czasu. Ale „Seven Nation Army” duetu The White Stripes to coś znacznie więcej — to przede wszystkim riff, który stał się zjawiskiem i bytem samym w sobie. Dziś zna go cały świat, często nie mając pojęcia, kto go napisał. Stał się hymnem stadionów, manifestem energii tłumu i jednym z najbardziej rozpoznawalnych motywów w historii muzyki. A jest bardzo prostą zagrywką, którą teoretycznie każdy z nas mógłby wymyśleć i zagrać. Czy na tym polega tworzenie rzeczy ponadczasowych?
Zadziwiające jest to, że fani na trybunach nie śpiewają słów „I’m gonna fight ’em off / A seven nation army couldn’t hold me back”, które same w sobie mogłyby być sportowym mottem, lecz tylko nucą riff – prosty, potężny, idealny.
Pomysł na riff narodził się w 2002 roku podczas australijskiej trasy. Jack White, świeżo po sukcesie albumu „White Blood Cells”, zaprezentował melodię swojemu przyjacielowi i współpracownikowi z Third Man Records, Benowi Swankowi. Ten, kompletnie nie zachwycony, stwierdził, że „można to zrobić lepiej”. Kiedy jednak singiel ukazał się 17 lutego 2003 roku, natychmiast wspiął się na szczyty list – od US Alternative Airplay po UK Indie Chart – zdobywając status multiplatynowy w USA, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Australii i wielu krajach Europy. Rok później „Seven Nation Army” zdobyło dwa Grammy: za Best Rock Song i Best Alternative Music Album.
Riff w tonacji E-moll opiera się na prostym schemacie – zaledwie kilku dźwiękach, synkopowo zrytmizowanych i zagranych na strunach A i D. Nagrania odbyły się w londyńskim Toe Rag Studios, znanym z analogowego sprzętu, a tytuł „Seven Nation Army” wziął się z dziecięcego przejęzyczenia Jacka, który jako chłopiec mylił nazwę „Salvation Army”. Co ciekawe, tytuł pojawił się, zanim powstały jakiekolwiek słowa – był po prostu roboczym określeniem riffu.
Choć The White Stripes zakończyli działalność w 2011 roku, Jack White regularnie wykonuje ten numer na swoich solowych koncertach.
Jack White wspominał w wywiadzie dla Guitar World:
To była moja próba napisania piosenki bez refrenu, która mimo to przyciągnie uwagę. Myślałem, że to tylko mały eksperyment, który nikogo nie obejdzie. To było wyzwanie dla samego siebie: ‘Nie dam tu refrenu. Zobaczymy, czy się uda’. No i udało się
Zamiast basu, którego duet nigdy nie używał, White zagrał partię riffu na starej gitarze Kay hollowbody, obniżając jej dźwięk o oktawę za pomocą pedału DigiTech Whammy. Cały utwór zbudowany jest wokół tej jednej melodii, której prostota okazała się jej największą siłą.
Jak zauważył Nate Sloan z podcastu Switched On Pop:
Z wyjątkiem drugiego dźwięku, wszystkie nuty riffu są po kolei w skali – jak kolejne szczeble drabiny. To bardzo egalitarne; taki riff to często pierwsza rzecz, której uczysz się na gitarze
Zapytany w programie Conana O’Briena, czy dziwnie mu słyszeć riff zagrzewający tłumy sportowe, White odpowiedział z uśmiechem:
Dla autora piosenek to największe szczęście, jakie może się zdarzyć. Kiedy ludzie przejmują twoją muzykę, staje się ona częścią folkloru. Niewiele jest takich utworów, gdzie tłum nie śpiewa słów, tylko melodię. To niesamowite, że połączyło ich to w taki sposób – to czyste, instynktowne uczucie
W rozmowie odbytej osiem lat później, White porównał swoje doświadczenie do sceny z filmu „Yankee Doodle Dandy” (1942), w której kompozytor George M. Cohan słyszy, jak żołnierze śpiewają jego piosenkę, nie wiedząc, kim jest.
Myślę o tym za każdym razem, gdy słyszę Seven Nation Army w telewizji czy na stadionie. To już nie należy do mnie. Im więcej ludzi nie wie, skąd to się wzięło, tym bardziej jestem szczęśliwy. Wielu z nich nuci tę melodię, nie mając pojęcia, co to za piosenka — i to jest wspaniałe
Żródło: Muusicradar












