Czy rock jest martwy? To pytanie wraca jak bumerang od dekad – jeszcze w 1969 roku The Doors nagrali utwór „Rock Is Dead”, a 55 lat później Gene Simmons wyartykułował to samo, wywołując wielką dyskusję. Dzisiaj dyskusja trwa nadal, ale dane pokazują coś znacznie bardziej złożonego niż prosty „zgon gatunku”.
Zacznijmy od twardych liczb: rock pozostaje „najpopularniejszym gatunkiem muzycznym w USA”. Aż 48% Amerykanów deklaruje, że to jeden z ich ulubionych stylów – wyraźnie więcej niż pop (40%), country czy R&B (po 33%) oraz hip-hop (30%). Dane te podaje serwis YouGov
Brzmi jak dominacja? Niekoniecznie, bo kiedy spojrzymy na zachowania fanów, obraz zaczyna się komplikować.
Fani rocka rzadziej chodzą na koncerty niż słuchacze innych gatunków
Tylko 9% z nich bywa na koncertach co najmniej raz na kwartał, podczas gdy w przypadku hip-hopu to już 14%. To nie znaczy jednak, że rockowa publiczność znika z rynku live. Wręcz przeciwnie – wielu fanów wybiera model „rzadziej, ale jednak”. Aż 28% chodzi na koncerty sporadycznie (mniej niż raz w roku), co równoważy niższą frekwencję wśród najbardziej aktywnych.
Kluczowy czynnik to wiek. Młodsi słuchacze (18–29 lat) generalnie częściej uczestniczą w koncertach – niezależnie od gatunku. Jednak nawet w tej grupie rock wypada najsłabiej.
Tylko 15% młodych fanów rocka chodzi na koncerty regularnie (raz na kwartał lub częściej), podczas gdy dla hip-hopu, popu czy R&B wynik ten oscyluje wokół 18–20%.
Ważna wskazówka:
Rock nie traci słuchaczy – traci intensywność zaangażowania młodszej publiczności

I tu pojawia się drugi, bardzo ciekawy wątek. Wbrew narracji o „śmierci rocka”, zainteresowanie tym gatunkiem w serwisach streamingowych… rośnie. Na Spotify wyszukiwania rocka wzrosły aż o 600%.
To pokazuje fundamentalną zmianę:
Rock przeniósł się z mainstreamu do długiego ogona („long tail”)
Jest to koncepcja opisana przez Chrisa Andersona. W praktyce oznacza to, że zamiast dominować wszędzie, rock funkcjonuje dziś jako jeden z wielu silnych, ale bardziej wyspecjalizowanych nurtów.
Ogromną rolę odgrywa tu tzw. classic rock. Artyści tacy jak U2, Coldplay czy Eagles nadal generują gigantyczne przychody z tras koncertowych i utrzymują wysoką popularność. Co więcej, ich muzyka trafia do młodszych pokoleń dzięki filmom, serialom i grom – przykład? renesans zainteresowania Metallica po wykorzystaniu „Master of Puppets” w serialu *Stranger Things*.
Problem z diagnozą „rock is dead” polega na tym, że opiera się ona często na jednym wskaźniku – np. obecności na listach przebojów czy w radiu. Tymczasem dzisiejszy rynek muzyczny jest rozproszony jak nigdy wcześniej.
Wnioski dla branży gitarowej?
- Rock nadal jest masowo słuchany
- Ma lojalną, choć mniej aktywną koncertowo publiczność
- Traci dominację popkulturową, ale nie znaczenie
- Funkcjonuje dziś bardziej jako ekosystem niż mainstream
Jeśli coś naprawdę się skończyło, to nie rock – tylko era, w której jeden gatunek rządził wszystkimi. Dzisiaj muzyka to mnogość równoległych światów, a rock nadal jest jednym z największych, tylko już nie jedynym.


