Dziś Les Claypool uchodzi za jednego z najbardziej charakterystycznych basistów w historii rocka, ale jego droga do czterech strun wcale nie była wynikiem wielkiej inspiracji… tylko dość bezpośredniej i raczej niepochlebnej opinii o gitarze elektrycznej
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, trudno o lepszy przykład tego, jak przypadek (i odrobina przekory) mogą ukształtować muzyczną tożsamość. Bo gdyby młody Les Claypool uznał gitarę za „wystarczająco fajną”, świat prawdopodobnie nigdy nie usłyszałby jednego z najbardziej unikalnych stylów gry na basie.
Lider zespołu Primus przyznał, że jako nastolatek zwyczajnie nie czuł tego instrumentu – nawet w czasach, gdy gitarą rządził Eddie Van Halen:
Dla mnie bas był bardziej zmysłowym instrumentem, podczas gdy gitara brzmiała trochę… mięczakowato. Wszyscy chcieli być Eddie Van Halenem, więc basistów było naprawdę mało…
To podejście w dużej mierze ukształtowało jego styl gry – balansujący między sekcyjną solidnością a niemal gitarową ekspresją:
Trzymam fundament basowy, ale jednocześnie próbuję grać partie jak gitarzysta rytmiczny
Co ciekawe, zanim na dobre związał się z basem, jego droga mogła potoczyć się zupełnie inaczej – i przeciąć się jeszcze mocniej z Metallica. Po śmierci Cliffa Burtona Claypool pojawił się nawet na przesłuchaniu do zespołu, gdzie spotkał się z dawnym znajomym, Kirkiem Hammettem.
Efekt? Dość… niezręczny:
Nie miałem pojęcia, jak bardzo są popularni. Zagraliśmy jeden czy dwa kawałki, a ja zapytałem: ‘Hej, chcecie pograć coś Isley Brothers?’ Nikt się nie zaśmiał
Jeszcze wcześniej Hammett próbował wciągnąć go do swojego zespołu jako wokalistę – i to właśnie on pokazał Claypoolowi muzykę Jimiego Hendrixa.
Na kasetach, które mi dał, był też Hendrix. Nigdy wcześniej go nie słyszałem. Miałem jakieś 14 lat, więc to on mnie na niego nakręcił… ale stchórzyłem









