Tom Johnston, Patrick Simmons i John McFee przed trasą z Carlosem Santaną opowiadają o tym, jak powstawały ich największe hity, czym jest „yacht rock” i dlaczego trzech gitarzystów na jednej scenie wcale nie musi być problemem. W serwisie Guitar World opublikowano właśnie rozmowę z gitarową częścią Doobie Brothers, a my przedstawiamy jej fragmenty.
Gdzieś na świecie właśnie trwa próba zespołu o nazwie The Doobie Others, albo Brothers Doobie, albo Doobie Doubles. Coverbandy grające wyłącznie szybsze numery Doobie Brothers — żadnych „mellow ballads”. Patrick Simmons widział kilka takich projektów w internecie i nie ma do nich żalu:
Mają świetnych muzyków. Nigdy nie brzmią dokładnie jak my, ale nie sądzę, żeby to było ważne. To wspaniale, że muzycy chcą poświęcić czas na naukę tych piosenek. Nie mogę mieć pretensji do ludzi, którzy próbują zarabiać na życie i wpadają na pomysł z novelty act — jeśli kochają tę muzykę, to naprawdę nam schlebia
Tom Johnston i Patrick Simmons grają razem od 1970 roku. John McFee dołączył w 1979 i wciąż żartobliwie nazywa siebie „nowym”. Razem reprezentują wszystkie ery jednego z najbardziej przebojowych zespołów w historii amerykańskiego rocka — od boogie-rockowych klasyków jak „Long Train Runnin'” czy „China Grove”, przez mellow-soulowy etap z Michaelem McDonaldem, aż po nowy album „Walk This Road”, nagrany po raz pierwszy od czterech dekad w pełnym składzie.
Przy okazji nadchodzącej trasy z Carlosem Santaną pada nieuniknione pytanie o „yacht rock” — etykietkę, którą część krytyków przyczepiła do ich twórczości. Reakcja jest jednoznaczna:
Mówi McFee,
Nigdy nawet nie byłem na jachcie
Johnston dodaje:
Nie wiem nawet, co ten termin miałby znaczyć. «Yacht rock». To po prostu wydaje mi się absurdalne
Rozmowa szybko schodzi na to, jak powstawały ich największe piosenki. „Long Train Runnin'” przez lata żyła jako beztytułowa improwizacja bez słów — Johnston wymyślał tekst na nowo każdego wieczoru (!), a producent Ted Templeman upierał się przy nagraniu, zanim ktokolwiek dopisał właściwe słowa.
Nawet pytałem Teddy’ego — «Jesteś pewien, że chcesz to nagrać?» Bo nie miało jeszcze tekstu. A on powiedział: «Tak, musimy to zrobić.» Graliśmy to dwa, trzy lata jako jam. Miało różne nazwy, ale nie miało słów. Każdej nocy wymyślałem je na bieżąco. W końcu nagraliśmy utwór, dopracowaliśmy go, napisałem tekst i poszło
Simmons dodaje, że dopiero producent nadał piosence właściwą strukturę:
Ted stwierdził: «Działa, podoba mi się, ale potrzebuje aranżacji. W tej chwili to latynoskie blues bez formy.» Więc wymyślił te zatrzymania — tę prawdziwą przerwę przed powrotem do tematu. Pomyślałem, że to genialne, bo dało piosence o wiele więcej życia
Zespół od jakiegoś czasu gra w składzie na trzy gitary (!) plus bas + perkusja + wokal i klawisz. Dla wielu kapel mogłoby być problememem, ale dla Doobies to kwestia, której po prostu nie analizują zbyt głęboko. Jonstom mówi:
Nie patrzę na to w ten sposób. Myślę, że jeśli brzmi dobrze i każdy ma swoje partie, to wszystko naturalnie się układa
Simmons dodaje ze spokojem weterana:
Nie analizuję tego zbytnio. Chcę, żeby wszyscy mieli fun i dobrze się czuli. Jeśli zacznę krytykować — «jest za dużo rzeczy naraz» — zaczyna się robić napięcie. Reagowałbym, gdyby coś było ważne. Ale nie szukam rzeczy do skrytykowania
Po ponad pół wieku w trasie Johnston ma na pytanie o zmęczenie graniem tych samych piosenek ma prostą odpowiedź:
Ludzie zawsze pytają, czy nudzą mi się te same piosenki. Odpowiedź brzmi: «nie». To przeboje, i nie nudzą mi się, bo każdy wieczór jest inny. Wyzwanie polega na tym, żeby za każdym razem dać z siebie wszystko na scenie


