Herb Ellis nazywał ją „nową supergwiazdą gitary”, Larry Coryell zachwycał się jej swingowaniem, a ona sama mówiła, że choć wygląda jak „miła żydowska dziewczyna z New Jersey”, w środku jest… 50-letnim, otyłym czarnoskórym facetem z wielkim kciukiem jak Wes Montgomery. Emily Remler miała wszystko, by zostać jedną z największych gitarzystek swojej generacji. Zmarła jednak w wieku zaledwie 32 lat.
Emily Remler zaczęła grać na gitarze w wieku dziesięciu lat. Jej pierwszymi fascynacjami nie byli jazzowi giganci, lecz rockowi gitarzyści – przede wszystkim Jimi Hendrix i Johnny Winter. „Próbowałam grać rocka – Johnny Winter, Hendrix, Stonesów” – wspominała później. Jak mówiła, już jako dziecko potrafiła śpiewać rockowe solówki i partie saksofonu, których jej rówieśnicy nie byli w stanie odtworzyć.
Jazz odkryła dopiero w Berklee College of Music.
Nie szczególnie lubiłam jazz – nie słyszałam, co się w nim dzieje, ale w Berklee nie mogłam go uniknąć
I właśnie z tego pozornie niemożliwego połączenia – Hendrixa i jazzu – powstał jej własny język.
Gitarzystka, która musiała coś udowodnić
Remler błyskawicznie zwróciła na siebie uwagę środowiska. Legendarny Herb Ellis pomógł jej wystąpić na Concord Jazz Festival w ramach koncertu „Guitar Explosion”, gdzie znalazła się obok takich gigantów jak Barney Kessel i Tal Farlow. Ellis nazwał ją później „nową supergwiazdą gitary”.
W 1982 roku w rozmowie z People Remler żartowała:
Mogę wyglądać jak miła żydowska dziewczyna z New Jersey, ale w środku jestem 50-letnim, otyłym czarnoskórym facetem z wielkim kciukiem, jak Wes Montgomery
Za żartem kryło się jednak coś bardzo poważnego. Remler musiała nieustannie walczyć ze stereotypami dotyczącymi kobiet w jazzie, które w jej czasach były realnym wyzwaniem. W 1985 roku, zapytana, czy nadal musi pracować ciężej, żeby zdobyć akceptację, odpowiedziała: „
Nadal. Nie pokonałam tego. Żartujesz? Teraz wiedzą, że potrafię grać. Ale wciąż muszę udowadniać to za każdym razem
I rzeczywiście potrafiła grać. Larry Coryell po usłyszeniu jej albumu Catwalk napisał, że była „kreatywna, inteligentna, swingowała jak szalona”, a jej poczucie rytmu było „niemal najlepsze, jakie kiedykolwiek słyszał u jakiegokolwiek gitarzysty – mężczyzny czy kobiety”.
To chyba najlepsza odpowiedź na pytanie, czy jej rosnący status był wyłącznie efektem zainteresowania ludzi „kobietą grającą jazz na gitarze”…
Od Wesa Montgomery’ego do Pat Metheny’ego
Remler rozwijała się w niewiarygodnym tempie. Jej pierwsze albumy – Firefly (1981), Take Two (1982), Transition(1983) i Catwalk (1985) – pokazywały gitarzystkę coraz śmielej wychodzącą poza tradycyjny bebop. Na Catwalk pojawiły się wpływy muzyki latynoskiej, brazylijskiej, indyjskiej i afrykańskich polirytmii, a większość materiału stanowiły jej własne kompozycje.
Potem nastąpił kolejny zwrot. Na East to Wes z 1988 roku wróciła do swojego największego mistrza, ale jednocześnie zaczęła eksperymentować z nowoczesną elektroniką i gitarowym syntezatorem. Jak zauważył JazzTimes, jej kierunek stawał się wówczas „mniej Montgomery, bardziej Metheny”.
Jej ostatni album, This Is Me, nagrany w 1990 roku, był wyraźnym krokiem w stronę elektrycznego jazz-popu, rocka i fusion. Remler wykorzystywała na nim również gitarowy syntezator. Płyta ukazała się już po jej śmierci.
A przecież…
Miała dopiero 32 lata
4 maja 1990 roku, podczas trasy koncertowej po Australii, Emily Remler została znaleziona martwa w hotelu w Sydney. Oficjalną przyczyną śmierci była niewydolność serca. Jej wieloletnie problemy z uzależnieniem od heroiny i Dilaudidu (opioid) miały jednak istotny związek z tragicznym finałem jej życia.
Nie była anonimową gitarzystką, której świat nie zauważył. Za życia była już uznaną i podziwianą artystką. Problem polegał na tym, że zmarła dokładnie w momencie, kiedy jej muzyka zaczynała otwierać przed nią zupełnie nowy rozdział. To jakby Miles Davis zmarł przed nagraniem „In a Silent Way”, albo Dylan przez „Highway 61 Revisited”.
Miała własny styl, znakomitą technikę, niezwykły feeling i coraz większą odwagę w przekraczaniu stylistycznych granic. Nie wiemy, czy stałaby się gwiazdą fusion. Czy poszłaby w stronę jazzu-popowego mainstreamu. Czy nagrywałaby z największymi nazwiskami rocka i jazzu. Czy dziś wymienialibyśmy jej nazwisko jednym tchem z Patem Methenym, Johnem Scofieldem czy innymi gigantami swojej generacji. Nie dostała czasu, żebyśmy się o tym przekonali.
Dlaczego warto odkryć ją dzisiaj?
Może właśnie dlatego Emily Remler jest dziś tak interesująca dla gitarzystów. Nie należy słuchać jej wyłącznie jako „zapomnianej genialnej gitarzystki”. Warto słuchać jej jak artystki, która była w ciągłej ewolucji. Najpierw Hendrix i rock. Potem Wes Montgomery, Pat Martino i bebop. Następnie własne kompozycje, rytmy brazylijskie i latynoskie. Na końcu elektryczny jazz-pop, fusion i gitarowy syntezator.
W 2024 roku ukazał się archiwalny album Cookin’ at the Queens: Live in Las Vegas 1984 & 1988, zawierający wcześniej niewydane nagrania koncertowe. Pokazują one Remler w dwóch różnych momentach kariery i jeszcze raz potwierdzają, jak potężnym muzykiem była na żywo. Była to pierwsza oficjalna płyta koncertowa w jej dyskografii i pierwsze wydawnictwo pod jej nazwiskiem od 1990 roku.
W ciągu zaledwie kilkunastu lat zdążyła przejść drogę, którą wielu muzyków pokonuje przez całe życie. Gdyby żyła dłużej mówilibyśmy z pewnością o jednej z najważniejszych gitarzystek XX wieku.


