Jake E. Lee wrócił ostatnio wspomnieniami do czasów współpracy z Ozzym Osbourne’em, otwarcie mówiąc o „modnym” ostatnio temacie, czyli o sporach dotyczących autorstwa utworów i udziału w tantiemach. W niedawnym wywiadzie dla Guitar World gitarzysta zdradził, że przed nagraniami albumu „The Ultimate Sin” postawił twarde warunki, domagając się nowej umowy jeszcze zanim przekazał swoje demo.
Gdy Jake E. Lee dołączył do zespołu Ozzy’ego w 1982 roku jako następca Randy’ego Rhoadsa, otrzymał kontrakt, który — jak sam twierdzi — de facto uniemożliwiał mu publiczne mówienie o jego wkładzie kompozytorskim w materiał z płyty „Bark at the Moon”. Oficjalnie figurował jako współautor jedynie utworu tytułowego, choć dzisiaj wiadomo, że jego udział w tworzeniu albumu był znacznie większy.
Przy okazji pracy nad kolejnym krążkiem, który ostatecznie ukazał się w 1986 roku jako „The Ultimate Sin”, Lee postanowił zmienić podejście i jasno określić swoje oczekiwania. We wspomnianym wywiadzie Jake powiedział:
Zorientowali się, że przy „Bark at the Moon” coś im się udało i że to już się więcej nie powtórzy. Powiedziałem Ozzy’emu: ‘Nie robię niczego, dopóki nie dostanę kontraktu’. I załatwiono to dość szybko
Gitarzysta dodał, że napięcie związane z poprzednią płytą ciągnęło się jeszcze długo po zakończeniu nagrań:
To wisiało nad sesjami „Bark at the Moon”. Kiedy je skończyliśmy, byłem już niezadowolony. Dlatego przy „The Ultimate Sin” zanim oddałem swoje dema, powiedziałem: ‘Chcę umowy, w której będzie jasno napisane, co z tego mam. Chcę creditów kompozytorskich’
Lee miał też bardzo konkretną wizję brzmienia gitary na swojej drugiej — i jak się okazało ostatniej — płycie nagranej z Ozzym. To podejście nie zawsze było po drodze z producentem Ronem Nevisonem:
Chciałem, żeby gitara brzmiała jak orkiestra — skrzypce na górze, wiolonczele na dole, ruchome, melodyjne partie. To miało być coś więcej niż podstawowe akordy i jedno brzmienie gitary. Taka była moja wizja
Sam Ozzy, jak wspomina Lee, dostrzegał jego ogromny wkład w powstawanie albumu:
Pamiętam kolację całego zespołu, kiedy Ozzy wzniósł toast i powiedział: ‘To za Jake’a E. Lee, który praktycznie wyprodukował tę płytę i odegrał ogromną rolę w jej powstaniu’. Może właśnie wtedy uznał, że moja rola robi się większa, niż powinna być w przypadku zwykłego członka zespołu…
Z czasem kolejne pomysły gitarzysty spotykały się z coraz chłodniejszym przyjęciem:
Pisaliśmy materiał na następny album, próbowałem przesuwać granice i byłem odrzucany. Zaczęły mnie nudzić te ograniczenia. Jestem pewien, że Ozzy nie był z tego zadowolony. Ale jeśli chodzi o 'The Ultimate Sin’, w pełni się pod nim podpisuję
W innym wywiadzie Jake E. Lee przyznał, że pod koniec współpracy z Ozzym coraz bardziej odczuwał twórczą frustrację. W wywiadzie z października ubiegłego roku wspominał, że założenie Badlands — zaledwie rok po odejściu z zespołu w 1987 roku — dało mu upragnioną swobodę artystyczną:
Byłem coraz bardziej sfrustrowany. W Badlands mogłem robić, co chciałem. Wtedy mocno wkręciłem się w bluesa, a Ray Gillen myślał podobnie. Po prostu robiliśmy swoje i wyszedł z tego blues-rockowy zespół
Wspominając różnice artystyczne, Lee zauważył, że Ozzy nie był otwarty na zbyt dalekie eksperymenty:
Kiedy przynosiłem nowe rzeczy na 'The Ultimate Sin’, Ozzy często mówił: ‘Co to jest? To nie Ozzy, to jazz’. A ja odpowiadałem: ‘To nie jazz, po prostu lekkie odejście w bok’. On na to: ‘Nie. To nie Frank Zappa, to Ozzy Osbourne. Wróć i napisz mi coś innego’


