Joe Bonamassa po raz kolejny zabrał głos w sprawie zjawiska, które coraz mocniej dotyka środowisko gitarowe: publicznego rozliczania muzyków z każdego błędu, porównywania ich ze sobą i traktowania koncertów jak zawodów, w których ktoś musi zostać zwycięzcą.
W rozmowie z Guitar Interactive Magazine Joe Bonamassa ostro skrytykował internetowych kontestatorów, których określił mianem „armchair quarterbacks” – ludzi siedzących przed ekranem i oceniających profesjonalnych muzyków, choć sami nie znajdują się na scenie.
„Mogę powiedzieć Tomowi Brady’emu, że rzuciłbym tę piłkę lepiej”
Zdaniem Bonamassy problem wykracza daleko poza zwykłą krytykę. Internet sprawił, że każdy może natychmiast opublikować swoją opinię, a świat gitary stał się jednym z miejsc, w których szczególnie łatwo o rywalizację i wytykanie błędów.
Mógłbym usiąść w fotelu i powiedzieć Tomowi Brady’emu: »Mógłbym rzucić tę piłkę lepiej niż ty«. Nie, nie mógłbyś!
Gitarzysta zwraca uwagę, że zawodowi muzycy grający przed tysiącami ludzi funkcjonują pod ogromną presją. Błąd, który w normalnych warunkach byłby po prostu częścią występu na żywo, w internecie może natomiast zostać wyrwany z kontekstu, powielony tysiące razy i zamieniony w materiał do publicznego linczu.
Jako szczególnie wymowny przykład gitarzysta przywołał Nicka Jonasa, który w 2016 roku podczas gali ACM Awards zagrał nietrafione solo w trakcie występu z Kelseą Ballerini. Fragment błyskawicznie stał się viralem, a Jonas został zasypany memami i szyderczymi komentarzami.
„Co wy chcecie, żeby zrobił? Spalił gitarę w ofierze?”
Bonamassa podkreśla, że każdy muzyk popełnia błędy – również ci najwybitniejsi.
Wszyscy robiliśmy błędy. Każdy. Wiesz, coś w rodzaju: »Nawet nie wiem, o czym wtedy myślałem!«. Ale ta nienawiść… Czego wy chcecie, żeby zrobił? Spalił gitarę w ofierze? Skoczył z klifu? Ten facet musiał iść na terapię! Co jest nie tak z tymi ludźmi?
W przypadku Jonasa konsekwencje internetowego hejtu były szczególnie poważne. Artysta, który od lat zmagał się z tremą sceniczną, mówił później o tamtym wydarzeniu jako o „ogromnym zaniku pamięci”. Bonamassa uważa, że fakt, iż zwykła pomyłka muzyczna mogła przyczynić się do pogorszenia jego stanu psychicznego, powinien być dla gitarowego środowiska sygnałem ostrzegawczym.
To nie oznacza oczywiście, że muzycy są poza krytyką. Problem zaczyna się wtedy, gdy ocena wykonania zamienia się w personalny atak, a każdy „wykon” staje się kolejnym odcinkiem internetowego tasiemca pt. „kto jest lepszym, bum gorszym gitarzystą”.
Bonamassa: „To nie jest konkurs”
Joe Bonamassa deklaruje, że podczas wspólnego grania z innymi gitarzystami nie traktuje sceny jako pola rywalizacji.
Przez ostatnie pięć czy sześć lat często występowałem na jednej scenie z Kennym Wayne’em Shepherdem. To nie jest konkurs. Nie patrzymy na to w ten sposób
Podobnie wygląda jego podejście do występów z Warrenem Haynesem.
Warren Haynes i ja często jesteśmy razem na scenie. Po prostu dobrze się bawimy. A czego oni oczekują? Trofeum na koniec? Nagrody pieniężnej? Sędziego, który powie: »Ogłaszam zwycięzcę!«, jak w walce bokserskiej?
Koncert nie jest zatem egzaminem z bezbłędności, a muzyka na żywo właśnie dlatego jest interesująca, że wydarza się tu i teraz. Nawet największy wirtuoz może czasem przestrzelić nutę, zgubić frazę czy zagrać coś inaczej, niż planował i to jest jeden z tych „czynników ludzkich”, które czynią z nas prawdziwych artystów.


