Człowiek, który przez dekady był żywą legendą rockandrollowego stylu życia, w pewnym momencie postanowił powiedzieć, co naprawdę myśli o swojej własnej legendzie i – co prawda z przymróżeniem oka – nie zostawił na niej suchej nitki.
Keith Richards to jeden z tych muzyków, których wizerunek jest większy od nich samych. Przez dekady prasa śledziła każde jego aresztowanie, każdy skandal i każdy wybryk — a on sam, jak się okazuje, przyglądał się temu wszystkiemu z rosnącym znużeniem. W wywiadzie z 1988 roku, który niedawno trafił ponownie do sieci, Richards rozprawił się z mitem własnej osoby z precyzją kogoś, kto ma go dość.
Człowiek, który przez lata był twarzą rockandrollowego rozpasania, okazuje się kimś, kto gra w domino z ojcem i uważa swój własny mit za rodzaj trądziku. Czasem najlepsze riffy są te, których nikt się nie spodziewał.
Zaczął od tytułowego hasła — i rozmontował je bez sentymentów (cytujemy za UltimateGuitar.com):
To zgrabna fraza — «sex, drugs and rock’n’roll» — ale robię to już od długiego czasu i dla mnie to po prostu dobry chwyt PR-owy, który ma bardzo, bardzo mało wspólnego z codziennym życiem polegającym na tworzeniu muzyki i nagrywaniu płyt. To zgrabna fraza, żeby uchwycić pewien obraz, ale gdyby to było takie łatwe, byłbym bardzo szczęśliwy. Ale takie nie jest
Zapytany o swoją bogatą historię z policją, Richards odpowiedział z charakterystycznym dla siebie humorem:
Teraz podpisuję autografy policjantom. Nie jestem już dla tych ludzi celem. Poza tym, ci, którzy z tego czy innego powodu próbowali mnie wsadzić do więzienia, zwykle robili to z niewłaściwych powodów. Niektórzy z nich są teraz sami w więzieniu, a ja nie — sprawiedliwość zawsze zwycięża. Byłem po prostu łatwym celem dla ambitnych policjantów
Ale najciekawszy fragment wywiadu to nie kwestia narkotyków, lecz refleksja Richardsa o tym, czym jest publiczny wizerunek i dlaczego tak trudno się go pozbyć:
Mam swój publiczny wizerunek. Więc nie myślę zbytnio o własnym postrzeganiu siebie. Po prostu staram się żyć jak najbardziej normalnie. Lubię siedzieć z przyjaciółmi. Lubię grać w domino z ojcem
I zaraz dodał metaforę, która doskonale oddaje jego stosunek do całej sprawy:
Rozumiem, że istnieje pewna doza tego «Keith Richards — rebeliancki lord, narkomaniacki dziwak, rock’n’roll, sex and drugs». Rozumiem, że to istnieje, ale to tylko część. Stwierdzam, że twój wizerunek jest jak cień — zawsze dziesięć albo piętnaście lat za tym, czym naprawdę jesteś. Obrazy przylegają. Mają dużo kleju i trudno je oderwać. Wizerunki są jak trądzik
Przy okazji Richards zdradził, że gwiazdorstwo nigdy nie było jego celem — i że w tym nie był odosobniony w składzie Stonesów:
Bycie gwiazdą to coś, co mnie naprawdę nie interesuje, poza tym, że rozumiem, że to część mojej pracy. Ale nie jest to najważniejsza część mojej pracy. Weźcie na przykład Charliego Wattsa — to człowiek, który był niesamowicie zawstydzony tym, że stał się gwiazdą rocka, bo jego wyobrażenie o sobie było takie, że będzie jakimś hipsterskim perkusistą jazzowym w Nowym Jorku. Nagle odkrył, że jest skandowany tylko dlatego, że trafił do tego zespołu. Uważał to za niezwykle żenujące — i bardzo dziecinne. A w pewnym momencie trzeba dorosnąć. Musisz dorosnąć, bo inaczej to może cię zabić









