Choć Mark Knopfler od dekad inspiruje kolejne pokolenia gitarzystów swoimi charakterystycznymi brzmieniami i niepowtarzalnym stylem gry palcami, on sam podchodzi do swojego kunsztu z dużym dystansem. W nowym wywiadzie przyznał, że nigdy nie postrzegał siebie jako wybitnego wirtuoza – raczej jako kogoś, kto po prostu potrafił „przemycić swoje granie” dzięki dobrym piosenkom.
Mark Knopfler jest jednym z najważniejszych gitarzystów przełomu lat 70. i 80., zwłaszcza za sprawą takich utworów jak „Money for Nothing”, „Sultans of Swing” czy „Romeo and Juliet”. Sam jednak twierdzi, że określenie „gitarowy bohater” zawsze było mu obce.
W rozmowie z Guitar World wyznał, że po premierze przełomowego albumu Dire Straits „Brothers in Arms” czuł się wręcz skrępowany pochwałami. W jego opinii na tytuł wielkiego gitarzysty zasługiwało wielu innych muzyków.
Świat jest pełen fenomenalnych graczy. Dla mnie liczyło się, czy udało mi się napisać dobrą piosenkę. Już dawno porzuciłem ambicję, by być wielkim gitarzystą. Mam wystarczająco dużo umiejętności, żeby poradzić sobie w studiu – i tyle
Knopfler podkreślił, że autorzy repertuaru mają pewną „tarczę ochronną”: jeśli sam napisałeś utwór, słuchacze wybaczą ci, że nie jesteś nieomylnym wirtuozem. W jego zespole muzycy instrumentalni zawsze byli prawdziwymi specjalistami – perfekcyjnie oddanymi swoim partiom. Sam zaś często mierzył się z własnymi ograniczeniami:
Jeśli to ty napisałeś piosenki, to w pewnym sensie wolno ci być kiepskim. No może nie kiepskim, ale masz trochę swobody, bo to ty stworzyłeś ten materiał. Pozostali muzycy naprawdę stoją za swoimi instrumentami i mówią: 'Gram na pianinie’, 'Gram na basie”. W stylu: 'Jestem w tym dobry i dlatego tu jestem’ – i rzeczywiście, oni naprawdę są
Muzyk dodał, że opanowanie swobodnego grania ósemkami i szesnastkami kciukiem oraz palcami zajęło mu wiele czasu i wysiłku. Nawet znakomici muzycy, z którymi współpracował, przyznawali, że musieli przejść podobną drogę i nauczyć się cierpliwości wobec własnych niedoskonałości.
To zajmuje dużo czasu, zwłaszcza jeśli grasz ósemki i szesnastki kciukiem i palcami. To po prostu część tej drogi. W czasach 'Brothers in Arms’ dopiero uczyłem się grać równo z tempem. Lata spędzone w studiu z realizatorami dźwięku kończyły się tak samo: 'Przyspieszasz w tym miejscu.’ A ja: 'Nie, wcale nie.’ A oni: 'Tak, przyspieszasz.’ Dopiero potem człowiek zaczynał to słyszeć


