Choć jest jedną z najbardziej cenionych basistek ostatnich dekad, Meshell Ndegeocello ma dość niepopularną opinię o… albumach basowych. Artystka znana z eklektycznych płyt i charakterystycznego groove’u – obecnego już na jej debiucie „Plantation Lullabies” z 1993 roku – otwarcie przyznaje, że wirtuozerskie popisy na czterech strunach zwyczajnie ją męczą.
W świecie gitar i basów, gdzie często nagradza się przede wszystkim technikę, podejście Ndegeocello jest dość odświeżające. To ciekawy kontrast wobec współczesnej sceny instrumentalnej, gdzie bas coraz częściej próbuje konkurować z gitarą jako instrument solowy. Ndegeocello przypomina jednak o czymś podstawowym: w większości zespołów bas ma być fundamentem, nie fajerwerkiem.
Poniższe opracowanie powstało na podstawie artykułu z serwisu Guitar World. W rozmowie z magazynem Bass Player w 2012 roku Ndegeocello bez ogródek opowiedziała o swojej niechęci do typowych płyt basowych, które często opierają się na długich solówkach i instrumentalnych popisach.
Kiedy chodzę na koncerty słynnych basistów, mam taką reakcję: nie dam rady tego słuchać. Czterdzieści minut solówek na basie po prostu nie działa
Artystka poszła jeszcze dalej – przyznając, że… właściwie nie kolekcjonuje albumów nagranych przez basistów:
Nie mam żadnych płyt basistów. Nienawidzę ich. Bas jako instrument solowy jest po prostu brzydki. Chyba jedyną osobą, którą jestem w stanie tolerować, jest Marcus Miller
Wyjątek robi jednak dla prawdziwych legend instrumentu – Marcusa Millera i Jaco Pastoriusa. Zwłaszcza ten drugi, jej zdaniem, potrafił wydobyć z basu coś znacznie więcej niż tylko funkowy groove. Czyli trochę sama sobie przeczy, bo Jaco grał bardzo „solowo” i melodycznie:
Jaco wyniósł ten instrument na zupełnie inny poziom, bo nie grał po prostu na basie – z tego instrumentu wychodziło coś więcej. Jego płyty solowe są piękne i historyczne
Filozofia Ndegeocello jest bardzo prosta: bas powinien przede wszystkim służyć piosence i zespołowi, a nie stać się główną atrakcją koncertu.
Dla mnie basista to ten najlepiej ubrany w zespole – ktoś, kto podtrzymuje funk i po prostu jest tam, gdzie trzeba. Solówki zostawmy trębaczowi!
To podejście wynika w dużej mierze z jej muzycznego wychowania. Ojciec artystki prowadził zespół jazzowy i wcześnie nauczył ją dyscypliny. Gdy młoda Meshell próbowała zbyt popisywać się na instrumencie, reakcja była natychmiastowa – spojrzenie, które mówiło: „Czy ty właśnie zwariowałaś?”. Drugą ważną szkołą była scena go-go w Waszyngtonie, gdzie często zdarzało się przez długie fragmenty utworu… nie grać nic. Tutaj krótka dygresja: Scena go-go w Waszyngtonie to styl muzyczny i kultura koncertowa, która powstała w Washingtonie w latach 70. To odmiana funku nastawiona na ciągły groove i interakcję z publicznością. Za twórcę stylu uważa się gitarzystę Chucka Browna, który w połowie lat 70. zaczął grać funk w sposób bardziej „ciągły”, bez przerw między utworami. Go-go jest dziś uznawane za oficjalny styl muzyczny miasta Washington (miasto nadało ten status w 2020 roku), który wpłynął na hip-hop, R&B i współczesny funk.
Ndegeocello otwarcie przyznaje, że nigdy nie próbowała być basowym wirtuozem w stylu Victora Wootena. Zamiast tego postawiła na groove, kompozycję i charakter. Jej zdaniem prawdziwa siła basisty polega na czymś innym niż szybkie przebiegi po gryfie:
Moim celem jest bycie świetną autorką piosenek, a nie wielką basistką












