Lider Polyphii, Tim Henson, przyjrzał się ewolucji zjawiska zwanego shreddingiem – czyli technicznej wirtuozerii na gitarze, która w latach 80. osiągnęła niemal obsesyjny poziom. Jak twierdzi, to właśnie nadmiar gitarzystów próbujących grać coraz szybciej i głośniej doprowadził do wypaczenia idei, którą zapoczątkowali tacy pionierzy jak Jimi Hendrix i Eddie Van Halen.
Lata 80. były złotym okresem gitarowego popisu – wyścig o tytuł „najszybszych palców świata” trwał w najlepsze. Scenę zdominowali muzycy, którzy zamienili koncerty w techniczne pokazy, a solówki rozciągały się w nieskończoność. Jak wspomina sam Henson, to właśnie wtedy idea ekspresji została zastąpiona pogonią za efektownością.
Henson powiedział w rozmowie z The Music Zoo:
Kiedy ktoś robi coś wyjątkowego – jak Hendrix czy Van Halen – i robi to z duszą, wszyscy chcą brzmieć jak on. Ale tylko nieliczni potrafią uchwycić ten sam feeling. Reszta kopiuje powierzchownie – i to właśnie rozwala całą magię
Henson zauważa, że sukces Van Halena sprawił, iż tysiące gitarzystów zaczęły ścigać się w szybkości, często kosztem emocji i muzykalności:
Kiedy Eddie pojawił się na scenie, każdy chciał brzmieć jak on. Ale zamiast inspirować się jego kreatywnością, wielu zaczęło go po prostu naśladować. To trochę wypaczyło całą ideę. Choć paradoksalnie – to też było potrzebne, bo dzięki temu muzyka mogła ewoluować
To zjawisko – masowe kopiowanie stylu mistrzów – doprowadziło do tego, że shred stał się bardziej sportem niż sztuką. A kiedy przesyt osiągnął apogeum, pojawiła się fala kontrkultury – grunge.
Henson w swoim stylu podsumowuje to, co stało się z gitarową sceną po latach 80.:
W pewnym momencie wszyscy shredderzy połączyli siły. Scena była tak mocno przechylona w stronę technicznej wirtuozerii, że wszechświat musiał się zrównoważyć – i wtedy wyszedł Kurt Cobain. Nagle granie szybkich solówek przestało być cool
To właśnie wtedy emocje, prostota i surowość znów stały się ważniejsze niż liczba dźwięków na sekundę.
Dzisiaj, zaskakująco, bo dzięki mediom społecznościowym, zjawisko shredu powróciło – ale w zupełnie innej formie. Tim Henson i Polyphia pokazują, że technika może iść w parze z nowoczesną produkcją i artystyczną świeżością. Dla Hensona nie chodzi już o to, by grać szybciej od innych, ale by znaleźć własny głos w oceanie sterylnych dźwięków.
To, co najciekawsze, dzieje się zawsze wtedy, gdy ktoś robi coś inaczej. Nie chodzi o prędkość – chodzi o to, żeby powiedzieć coś własnym brzmieniem


