Kiedy myślimy o Tonym Iommim, do głowy przychodzą przede wszystkim ciężkie riffy, obniżone stroje, potężne brzmienie i fundamenty metalu. Iron Man, War Pigs, Paranoid, Children of the Grave – muzyka, która z jazzem na pierwszy rzut oka ma niewiele wspólnego. A jednak muzyczne DNA Iommiego, Geezera i Warda ma w sobie jazz i to jest poza dyskusją.
Tony Iommi wspomina czasami w wywiadach, że jazz był jednym z ważnych elementów jego muzycznej edukacji. I co ciekawe, nie mówi o nim jako o jakiejś odległej ciekawostce, ale jako o muzyce, której aktywnie słuchał i z której czerpał podczas komponowania i improwizowania. No bo niby czego miał słuchać w połowie lat 60? Cliffa Richarda?
To jest zarazem i zła i dobra wiadomość dla każdego „metalowca” (który uważa, że jazz to siara i Kenny G). „Zła”, bo trzeba by kiedyś w końcu wyjść z metalowej strefy komfortu i zmierzyć się z bardziej skomplikowanymi skalami i harmoniami. „Dobra”, bo otworzy nam to drzwi do całego muzycznego uniwersum, które do tej pory było pozornie poza zasięgiem.
„Zawsze słuchałem jazzu”
W wywiadzie dla Guitar World z 2024 roku Iommi został zapytany o partie w utworze Planet Caravan. To właśnie w tym utworze z płyty Paranoid można usłyszeć jedne z najbardziej jazzowych momentów w całej twórczości Black Sabbath – w tym charakterystyczne zagrywki oparte na skali e doryckiej.
Iommi nie przypisywał jednak tego efektu żadnej wielkiej teoretycznej kalkulacji.
Zawsze słuchałem jazzu i powiedziałbym, że Joe Pass był jednym z moich ulubionych gitarzystów z tego stylu
Joe Pass nie jest przecież nazwiskiem, które przypadkowo pojawia się w rozmowie o gitarzyście heavy metalowym. Pass był mistrzem harmonii, akordów, prowadzenia melodii i improwizacji. Iommi dodawał, że w Planet Caravan połączył wpływy jazzowe z bluesem, słuchając przede wszystkim ruchu akordów i zastanawiając się, jakie melodie najlepiej do niego pasują.
Co więcej, Iommi stwierdził:
Nadal chętnie zagrałbym dziś w jazzowym stylu, jeśli utwór tego wymaga
Planet Caravan to nie przypadek
Warto więc posłuchać Planet Caravan jeszcze raz – tym razem bez myślenia o nim wyłącznie jako o „tym dziwnym, kosmicznym kawałku Black Sabbath”. Słychać tam zupełnie inną twarz Iommiego. Zamiast monumentalnych riffów mamy dużo przestrzeni, delikatną gitarę, melodyjne frazowanie i charakterystyczne przechodzenie pomiędzy dźwiękami.
Mikael Åkerfeldt z Opeth zwrócił uwagę właśnie na ten aspekt twórczości Iommiego:
Ludzie mogą myśleć, że jego gra opiera się wyłącznie na wielkich riffach, co oczywiście jest częścią jego stylu. Ja jednak zawsze uwielbiałem jego jazzowe granie – wystarczy posłuchać Planet Caravan. Zdecydowanie słychać tam wiele dźwięków przejściowych, a jednym z jego inspiratorów był Joe Pass. Może to była jakaś kwestia freudowska! Uwielbiam też jazzowy charakter jego akustycznej gry w Symptom of the Universe. To dla mnie naprawdę wyjątkowe rzeczy – podobnie jak te dziwne, średniowiecznie brzmiące utwory instrumentalne, takie jak Embryo i Orchid.”
I tutaj pojawia się ciekawa lekcja: wpływ jazzu na metal nie musi oznaczać, że nagle trzeba zacząć grać bebop. Czasami wystarczy sposób prowadzenia melodii, dobór dźwięków, podejście do harmonii albo umiejętność swobodnego poruszania się po akordach.
Black Sabbath od początku mieli jazzowe DNA
Jeszcze ciekawsze jest to, że jazz nie pojawił się w twórczości Sabbath dopiero przy Planet Caravan.
Iommi mówił, że podczas koncertów zespół potrafił wplatać jazzowe fragmenty do swoich występów. Szczególnie ważny był tutaj Bill Ward, który był wielkim fanem jazzowej perkusji.
Bill naprawdę uwielbiał jazzową perkusję, więc włączaliśmy trochę tego do naszego show
Z czasem Iommi coraz bardziej świadomie sięgał także po jazz.
Podobało mi się to uczucie. Lubiłem sposób, w jaki ta muzyka po prostu płynęła. Ale nie potrafiłem czytać nut
Wśród swoich ulubionych gitarzystów wymieniał Joe Passa, Tala Farlowa i Charliego Christiana, a jazzowe inspiracje pojawiały się także podczas koncertowych jamów Sabbath. Dobrym przykładem jest choćby rozbudowana, blisko 19-minutowa wersja „Wicked World” z Live at Last (1973), której początek, z mocno swingującą partią Billa Warda, pokazuje, że między ciężkim brzmieniem Sabbath a jazzem wcale nie było takiej przepaści, jak mogłoby się wydawać.
Bill Ward miał zresztą pozytywną obsesję na punkcie takich perkusistów jak Gene Krupa, Louie Bellson czy Buddy Rich. W efekcie w grze Sabbath pojawiało się coś, co później zostało niemal całkowicie przykryte przez ciężar gitarowych riffów: echa swingu i jazzowe poczucie rytmu.
Dlatego metalowiec powinien słuchać jazzu?
I tutaj dochodzimy do najważniejszej rzeczy. Jeżeli jesteś gitarzystą metalowym i nigdy nie słuchałeś jazzu, bo „to nie moja muzyka”, to być może omijasz jedną z najlepszych kopalni pomysłów. Nie chodzi nawet o to, żebyś jutro kupił Kind of Blue i nauczył się wszystkich skal z tej płyty bebopowych i zaczął grać solówki na zmianach akordów. Posłuchaj jazzu jak gitarzysta i zwróć uwagę jak jazzmani budują melodie, jak prowadzą frazę, jak ważny jest rytm i puls nawet wtedy, gdy muzyka płynie w różna dziwne rejony itp.
To wszystko później wraca w rocku, bluesie, fusion i właśnie metalu.


