Walter Trout pozostaje jednym z tych gitarzystów, którzy wbrew modzie i technologicznym możliwościom wciąż wybierają prostotę. W najnowszym wywiadzie dla Guitar World zdradził, że od lat konsekwentnie unika wszelkich efektów gitarowych, wpinając się zawsze prosto w swój wzmacniacz Mesa/Boogie. Co więcej – ustawienia, których używa, nie mają raczej nic wspólnego z bluesem, z którym jest kojarzony.
O tym temacie mówiliśmy również w najnowszym odcinku TopGuitar Weekly! Zobacz wideo:
Walter Trout to postać wyjątkowa w świecie bluesa, ceniona zarówno za stylową grę, jak i emocjonalne podejście do muzyki. Od lat uważany jest za jednego z najwybitniejszych współczesnych gitarzystów blues-rockowych, a jego dorobek obejmuje ponad 30 albumów studyjnych i koncertowych. Jako były członek zespołów Canned Heat i The Bluesbreakers Johna Mayalla, zyskał uznanie jeszcze zanim rozpoczął solową karierę. Jego późniejsze płyty, takie jak „Blues for the Modern Daze” czy „Survivor Blues” oraz koncerty na całym świecie ugruntowały pozycję jednego z najważniejszych ambasadorów współczesnego bluesa.
We wspomnianym wywiadzie padły zaskakujące słowa. „Ustawiam go na death metal” – przyznał 74-letni bluesman. Trout wyjaśnił, że nie jest to żart. Cała tajemnica tkwi w tym, jak korzysta z pokrętła głośności w gitarze:
Jeśli chcę uzyskać czysty dźwięk, wystarczy, że ściszę gitarę. Między 5 a 10 dodaje się przester, a kiedy gram na pełnej głośności, wychodzi to, co słychać w solówce na 'Sign of the Times’ – death metalowe ustawienie wzmacniacza
Trout odniósł się również do swojego dorobku, w tym do czasów, kiedy grał w legendarnych zespołach Canned Heat i u Johna Mayalla. Wspominał, że w tamtych latach zmagał się z poważnymi uzależnieniami.
Spytałem kiedyś Johna, jak znosił moje szaleństwa, gdy byłem tak uzależniony. Odpowiedział najpierw żartem, że byłem jak naćpany klaun. Ale potem dodał poważnie: ‘Walter, bez względu na to, jak byłeś naćpany, zawsze potrafiłeś zagrać moją muzykę. Gdyby zdarzyło się inaczej, wysłałbym cię do domu następnego dnia
Dziś Trout patrzy na swoje dawne nagrania z dystansem.
Owszem, jest tak gra, ale brakuje jej ostrości. Wszystko było przytępione przez narkotyki i alkohol. Prawdziwą ostrość odzyskałem dopiero, kiedy wytrzeźwiałem. Na nowej płycie słychać tę energię
Walter Trout, mimo upływu lat i długiej walki z uzależnieniami, wciąż pozostaje w świetnej formie. A jego filozofia grania – bez efektów, bez zbędnych dodatków, z jednym piecem ustawionym na… „death metal” – to najlepszy dowód na to, że czasem mniej naprawdę znaczy więcej.









