Dla Warrena Haynesa, cała „shredderowa” estetyka, która zdominowała gitarowy świat lat 80., nigdy nie była szczególnie pociągająca. Choć – jak podkreśla – miał sporo szacunku dla wirtuozów z tamtej dekady, sam wolał iść własną drogą, trzymając się korzeni bluesowych.
Warren Haynes w niedawnej rozmowie z Ultimate Guitar wrócił wspomnieniami do przełomowego momentu swojej kariery, w którym, pod koniec lat 80. dołączył do Allman Brothers Band. To właśnie wówczas gitarowy świat przechodzić głęboką transformację.
Zapytany, czy trudno było się przebić w epoce gitarzystów takich jak Yngwie Malmsteen czy Steve Vai, odpowiedział (cytujemy za UltimateGuitar):
Kiedy zacząłem grać z Dickeyem Bettsem, to był koniec lat 80., około ’86 czy ’87. Wtedy muzyka i cały przemysł muzyczny wciąż trochę dochodziły do siebie po latach 80., tak bym to ujął. Ludzie zaczynali na nowo przemyśliwać swoje podejście do muzyki, zwłaszcza ci, którzy wywodzili się z bardziej 'organicznego’ świata. Zastanawiali się, czy muszą coś zmieniać, żeby dopasować się do ówczesnych trendów
Haynes przyznał, że nigdy nie czuł potrzeby podążania ślepo za modą tamtych lat:
Nigdy nie zagłębiłem się w tę królicza norę lat 80. Nigdy nie używałem whammy bar, efektu chorus ani mocno przesterowanego brzmienia. W tamtym okresie pojawiło się wielu wspaniałych gitarzystów, ale ja nigdy się na tym nie skupiałem ani nie próbowałem się uczyć ich techniki
Zamiast tego skoncentrował się na bluesie:
Myślę, że kiedy lata 80. zaczęły wpływać na kierunek, w jakim zmierzał przemysł muzyczny, ja coraz bardziej wchodziłem w bluesa i podobne klimaty. Miałem wtedy własny zespół bluesowy, a Dickey usłyszał mnie właśnie w tamtym składzie. Dlatego moje bardziej organiczne brzmienie miało sens


