Fortepian, belgijski realizator, angielski wyuczony fonetycznie i brzmienie, które dzisiaj uznalibyśmy za produkcyjną katastrofę. A jednak właśnie z tych elementów powstała jedna z najważniejszych płyt w historii polskiego metalu. „Metal And Hell” vel „666” ma już 40 lat i wciąż potrafi wywołać ciarki. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że ma „ten klimat”, „ten vibe”, co w czasach muzycznego perfekcjonizmu staje się wartością nadrzędną.
Wyobraźmy sobie rok 1985. Polska jest jeszcze za żelazną kurtyną, by nie powiedzieć, że jest w głębokiej d…. Zachodnie płyty docierają do muzyków często na kasetach kopiowanych w nieskończoność. Sprzęt nagraniowy nie jest czymś, co można po prostu zamówić w internecie, a wyprodukowanie metalowej płyty na światowym poziomie jest przedsięwzięciem z zupełnie innej planety. W tych warunkach grupa z Katowic dostaje szansę nagrania albumu, który ma trafić również na Zachód. A rezultatem jest „Metal And Hell”.

KAT miał być polskim zespołem, ale myślał o Zachodzie
KAT nie pojawił się znikąd. Zespół tworzony w Katowicach (stąd nazwa zespołu) przez Piotra Luczyka i Ireneusza Lotha stopniowo nabierał kształtu, a po dołączeniu Romana Kostrzewskiego zaczął budować swoją najbardziej charakterystyczną tożsamość. Była druga połowa lat 80. i polski metal właśnie wychodził z podziemia. TSA, Turbo i KAT należeli do zespołów, które pokazywały, że ciężkie granie może mieć w Polsce własną publiczność. KAT wyróżniał się jednak czymś jeszcze: atmosferą.
A zatem nie chodziło wyłącznie o riffy Luczyka. Był Kostrzewski – ze zjawiskowym głosem, którego nie dało się pomylić z żadnym innym, i tekstami pełnymi biblijnych, demonicznych i literackich odniesień. Była teatralność koncertów. Była mroczna otoczka. Było poczucie, że KAT nie tylko gra ciężką muzykę, ale buduje wokół niej cały świat. Właśnie ten świat miał zostać zapisany na pierwszej płycie.
Dzisiaj często wrzuca się „Metal And Hell” do szuflady blackmetalowej, choć historycznie nie jest to oczywiście album blackmetalowy w znaczeniu, jakie temu gatunkowi nadano kilka lat później.
KAT wyrastał z heavy metalu, speed metalu i ekstremalnych brzmień pierwszej połowy lat 80. Słychać w nim wpływy takich zespołów jak Venom czy Bathory, ale jednocześnie muzyka zespołu rozwijała się własną drogą.
Teatr zamiast studia. Tajemnica brzmienia gitar
Sesję nagraniową zorganizowano w krakowskim Teatrze STU. I już sam wybór miejsca jest ciekawostką, bo trudno wyobrazić sobie dzisiejszy metalowy zespół nagrywający debiutancki album w teatrze, z którego akustyką trzeba się dopiero zaprzyjaźnić. Do Polski przyjechał wówczas belgijski realizator i producent Jos Kloek. Ireneusz Loth wspominał po latach jego pracę z dużym zainteresowaniem. Kloek korzystał z możliwości magnetofonu Studer, eksperymentując m.in. z opóźnianiem taśmy i właśnie to eksperymentowanie pomogło stworzyć brzmienie, które cztery dekady później jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów „Metal And Hell”.
Jedna z najciekawszych historii związanych z sesją dotyczy instrumentu, który – przynajmniej teoretycznie – nie powinien mieć nic wspólnego z metalowym brzmieniem KAT-a – fortepianu.
Według wspomnień dotyczących sesji, jego pudło rezonansowe wzbudzało się i wpływało na charakter gitar podczas nagrywania. Tak naprawdę to nie wiadomo, dlaczego nikt z tym nic nie zrobił – taka pewnie była wizja realizatora, której zespół zaufał.
I nagle zaczynamy rozumieć, dlaczego „Metal And Hell” brzmi tak dziwnie. Nie jest to współczesna, wypolerowana produkcja, w której każda gitara ma własne pasmo, stopa przebija się przez miks, a bas można niemal zobaczyć na analizatorze widma. Gitary KAT-a są ostre, suche, czasami wręcz chropowate. Mają specyficzny rezonans. Nie są idealnie „przyklejone” do miksu.
Dzisiaj producent mógłby dostać zawału, śle fani KAT-a prawdopodobnie dostaliby zawału, gdyby ktoś próbował to poprawić, a dla części późniejszych gwiazd polskiego metalu „Metal And Hell” była jednym z powodów, dla których w ogóle chwyciły za gitarę.
Adam „Nergal” Darski wspominał, że jako dziecko dostał trzy płyty, które „wywarły na mnie ogromny wpływ:
Heavy Metal World TSA, 666 KAT-a i Dorosłe dzieci Turbo. Niedługo później, mając dziewięć lat, kupił pierwszą gitarę elektryczną i przester
Jeszcze mocniej brzmi wspomnienie Piotra „Petera” Wiwczarka. Lider Vader oglądał KAT-a w Jarocinie w 1985 roku, a więc jeszcze przed premierą debiutanckiego albumu. Po latach wspominał:
Kat był wtedy symbolem mrocznego, ostrego grania. Jak Slayer, tylko na naszym lokalnym podwórku. Pomógł takim ludziom jak ja wówczas znaleźć alternatywną drogę. To było coś innego
„Fonetyczny angielski”
„Metal And Hell” miał być czymś więcej niż tylko polskim debiutem. Przygotowano anglojęzyczną wersję materiału, która miała umożliwić zespołowi wyjście poza Polskę. Tylko że Roman Kostrzewski nie znał angielskiego.
Teksty zostały więc przetłumaczone, a wokalista musiał nauczyć się ich wymowy fonetycznie. Efekt dla współczesnego słuchacza momentami osobliwy. Akcentowanie nie zawsze jest naturalne, wymowa bywa nietypowa, a angielskie słowa brzmią tak, jakby ktoś próbował przepchnąć język obcy przez bardzo polski aparat wokalny.
Piotr Luczyk po latach mówił o tym bez ogródek:
To, co jest na płycie, to raczej parodia angielskiego. Wiedzieliśmy o tym, ale nic nie można było zrobić
I trudno o lepsze podsumowanie realiów tamtych czasów. Dzisiaj można nagrać wokal po angielsku, poprawić wymowę, zrobić kolejne podejście, zatrudnić native speakera i spędzić tydzień nad jednym zdaniem. W 1985 roku KAT miał po prostu nagrać w Polsce metalową płytę w realiach siermiężnych lat 80.
„Metal And Hell” kontra „666”
Historia pierwszego albumu KAT ma jeszcze jeden interesujący rozdział. Materiał funkcjonował w dwóch wersjach językowych. Angielska otrzymała tytuł „Metal And Hell”, a polska – „666”. I to właśnie polska wersja jest dla wielu fanów właściwym punktem odniesienia, ale „Metal And Hell” ma ogromne znaczenie historyczne, bo była próbą wyprowadzenia KAT-a poza kraj.
Pomysł był odważny – polski zespół metalowy z anglojęzyczną płytą próbujący zaistnieć na Zachodzie w połowie lat 80. Dzisiaj brzmi to normalnie, wtedy zdecydowanie nie. Warto było spróbować, bo brytyjski „Metal Hammer” umieścił „Metal And Hell” w swoim zestawieniu najważniejszych albumów blackmetalowych, wskazując na wpływ KAT-a na rozwój polskiej sceny w latach 90.
Legenda tej płyty wyrosła częściowo z tego, że nie była ona idealna. Produkcja jest specyficzna. Angielski jest specyficzny. Brzmienie gitar jest specyficzne. Wokal Kostrzewskiego jest specyficzny. Wszystko jest trochę „nie takie”. Ale kiedy te elementy połączą się razem, powstaje coś, czego nie da się pomylić z żadnym innym zespołem.
Można poprawić brzmienie, można nagrać gitarę lepiej, można ponownie zaśpiewać tekst, można nawet zrobić remiks, nawet w Suno (aż dziwne, że nikt jeszcze na to nie wpadł), ale nie da się odtworzyć tego konkretnego momentu: Kraków, 1985 rok, Teatr STU, KAT, Jos Kloek, analogowy sprzęt i Roman Kostrzewski uczący się angielskich słów. To jest właśnie „Metal And Hell”.
Płyta, której nie wolno remiksować?
Wyobraźmy sobie, jak wyglądałaby produkcja „Metal And Hell”, gdyby nagrywano ją dzisiaj. Gitary byłyby potężniejsze. Perkusja bardziej selektywna. Gitary zwarte. Wokal czytelniejszy. Angielski poprawiony. Każdy instrument dostałby własną przestrzeń. Tylko to by była zupełnie inna płyta. A „Metal And Hell” jest dokumentem konkretnego momentu polskiej kultury, czasów, w których muzycy musieli kombinować, żeby zdobyć sprzęt, nauczyć się techniki nagrywania i w ogóle dostać szansę wyjścia poza lokalną scenę. Dlatego jej specyficzne brzmienie jest częścią jej tożsamości.
Wystarczy kilka sekund osłuchu. Ten wokal. Te gitary. Ta atmosfera. I wiadomo, że to KAT. Może właśnie dlatego „Metal and Hell” jest dzisiaj legendą – nie dlatego, że była perfekcyjna, tylko dlatego, że było niepowtarzalna.


